Kornel Makuszyński

Złudzenie

Najmędrsi ludzie mają swoje chwile zaćmienia umysłu i jakiejś tępoty. Tym się da wytłumaczyć, że pan Leński, człowiek wybitnej inteligencji i niezwykłej mądrości, ożenił się. Fakt ten miał zresztą precedensy w historii i do dziś ludzie łamią sobie głowy, dlaczego najmędrszy człowiek wszystkich wieków, boski Sokrates - również się ożenił. Nie idzie już o sam fakt, w treści swej potworny, gdyż bogowie pokarali ciężko słodkiego mędrca za chwilę obłędu, mógłby jednak wróg filozofii dopuścić się myśli zdrożnej i wspaniałą odwagę Sokratesa w obliczu śmierci uważać za ucieczkę filozofa przed żoną w śmierć, w mniemaniu, że lepszy puchar cykuty, niż Ksantypa.

Leński nie był wprawdzie Sokratesem choćby dlatego, że był człowiekiem nadobnego oblicza i nie był, jak Sokrates, niechlujny. Wiele jednak miał mądrości w głowie, mądrości, starannie nabytej w wielu księgach. Nie jest to jednakże mądrość najprzedniejszego gatunku. Ponad mądrością głowy góruje mądrość stokroć wspanialsza: mądrość serca. Tamta umie wymierzyć drogę gwiazd i policzyć ziarnka piasku w oceanie, mądrość serca zaś umie rzeczy nierównie wspanialsze, nierównie trudniejsze i największej wagi, umie bowiem znaleźć sposób wytrzymania z kobietą i spędzenia z nią większej ilości lat. Jest to czarna magia życia, zadanie ponad siły człowieka. Rzadko obie mądrości chodzą w parze, wskutek czego zdarza się, że największego mędrca, który wiele niepojętych rozwiązał tajemnic i wie, ile żelaza i ile bizmutu jest na księżycu, żona jego, kobiecina drobna i bardzo pyskata, bije często po mądrej głowie przedmiotem jakimś lichym i śmiesznym, głowy mędrca niegodnym. Czemuż to? Mędrzec ten bowiem nigdy nie pojmie zawiłej zagadki kobiecego serca, które jest przepaścią. Nie wie, co z nim uczynić, jakich użyć słów w rozmowie z nim. Stąd oto pochodzą ciche i bardzo bolesne tragedie ludzi mądrych, którym zaciemnił się umysł na jeden moment, wystarczający, aby dokonać samobójstwa, aby się ożenić. Ludzie nie bardzo na rozumie tknięci mają przeciwwagę w bystrej roztropności serca i tacy nie znają niedoli gorzkiej pożycia małżeńskiego, serce im bowiem podszeptuje w chwilach ważnych i przemyślności niezwykłej wymagających, co uczynić należy, aby ujarzmić najpotężniejszego i najbardziej obłąkanego demona wszystkich światów - kobietę. Tacy ludzie najroztropniejszym instynktem serca odgadną w lot, czy rozmowę miłosną zaprawić miodem słów pieszczotliwych, czy też słowo wydłużyć w bicz signora Petrucchia. Są to ludzie szczęśliwi i uwielbiani przez kobiety.

Nie miał tej wybornej mądrości pan Leński, człowiek wyrafinowanej kultury, gentelman, sądząc z angielskiego kroju ubrania, wychowanek wielu uniwersytetów, słowem, człowiek wyborny. Świetnie wykształcony, przenikliwą myślą jak lancetem, najzawilsze przecinał sprawy najtrudniejsze rozwiązywał zagadki, jak biegły szachista, przezorny przewidujący. A jednak się ożenił...

Żona pana Leńskiego była kobietą piękną. Twarz słodkiej Madonny, oczy niebieskie o kształcie migdałów, rozkosznie wilgotne usta, na których, jak złota pszczoła na purpurowym kwiecie, złoty zawsze drżał uśmiech; o wymarzonym pocałunku tych ust można by powiedzieć słowami tsgo rozkosznego wiercipięty poetyckiego, który rzekł o pocałunkach swojej kochanki: "Manche geben flaue, flache Küsse - ihre waren rund"; nogi o doskonałym rysunku odwróconej butelki szampana, jak tego podobno od nóg kobiecych żądają Francuzi, zawsze o winie myślący; ręce o palcach długich, nerwowych, chudych, wypieszczonych, okrutnych; całość, wedle poety, który znał się, szelma, na kobiecej architektonice, taka: "na dwóch marmurowych kolumnach wznosi się katedra miłości". Czyż nie piękna kobieta? Nie ma zresztą kobiet niepieknych; pani Leńska jednak była piękniejsza, niż to zdoła wyrazić plugawe, niestrojne, szare ludzkie słowo. Każde rzucone na nią spojrzenie było w pierwszej połowie uwielbieniem, w drugiej było pożądaniem; nie ma milszego spojrzenia dla kobiety wszystkich czasów, każdego koloru i wyznania. Kto patrzy na kobietę tylko z uwielbieniem, mimo woli ją obraża. Kto patrzy tylko pożądaniem, także ją obraża, ale już nie tak dotkliwe. Spojrzenie na kobietę powinno być - syntetyczne. Jest to temat do wielu rozważań i wielu głębokich spostrzeżeń, na które jednak nie mamy czasu.

Małżeństwo Leńskiego z prześliczną tą kobietą było ponure, choć ona była promienna. Było ono nieustanną, głuchą podstępną walką dwóch ambicji. Walka odbywała się po rycersku, bronią wykwintną, stalową, cyzelowaną ! rafinowaną. Walczył bystry, dotkliwy i przenikliwy rozum z pięknością pyszną i królewską. Rozum wałęsał się po szachownicy ciągłych zagadek i zawiłych kombinacji, szukał wyjścia z pułapki, wypatrywał miejsca do ataku, męczył się i nużył. Piękność uśmiechała się oczyma i ustami, spokojna, bezczelna, nieodgadniona, milcząca i ironiczna. pan Leński szukał rozumem drogi do serca swojej żony. Świecił sobie ogarkiem psychologicznych dociekań, stosował najuczeńsze metody z innych zgoła dziedzin żywota, wciąż zmieniał taktykę, rozumował, wił się, wnioskował, dodawał i odejmował. Pani Leńska uśmiechała się najpiękniejszym ze swoich uśmiechów. On wypatrywał przez ogromne szkła teleskopu, czy nie ujrzy na swoim niebie maleńkiej, purpurowej gwiazdy serca? Nie widział nic. Na niebieskim tle prześlicznego jej spojrzenia było niezmiernie, okrutnie pusto.

Byli to obcy ludzie, czasem składający sobie bez zbytniego entuzjazmu wizyty w sypialni, wykwintni wrogowie, szpiegujący się każdą mysią Trwali tak, jedno naprzeciwko drugiego, w bezruchu serc, dotykając się mackami ostrożnych myśli, jak dwa skorpiony przed weselem, po ktorem ona pożre jego, co tak czule i nadobnie opisuje pan Fabre.

Jedno o drugim me wiedziało nic i wszystko Ale to wszystko - to było mc Dwoje ludzi objawia się sobie nagle, cudownie, genialnie prosto, jednym spojrzeniem, jednym dotknięciem rąk, jednym szeptem, albo nie objawia się sobie nigdy, wiecznie obcy, choć razem skuci.

Tacy ludzie zaczynają z czasem nienawidzieć się nawzajem U ludożerców postępują wtedy ze sobą uczciwie, bo jedno drugie zabija i zjada W społeczeństwie cywilizowanym uśmiechają się do siebie Tak się uśmiechają do siebie dwaj nieboszczykowie przy spotkaniu na cmentarzu. U Eskimosów w takim wypadku mówi miły Kaj - Kaj, czyli Rączy Renifer do Bi - Bi, czyli do Foki Tłustej

- Odejdź, Bi - Bi, bo ci jest ze mną złe i smutno.

W społeczeństwie cywilizowanym me mówią nic, tylko patrzą sobie wymownie na temat.

- Ja zdechnę, ale i ciebie diabli tez wezmą.

Nie tak grubo wprawdzie, bo znacznie wytworniej powiedział to spojrzeniem pan Leński pani Leńskiej.

Pani Leńska uśmiechnęła się.

Kobieta, jeśli nie wie, co ma powiedzieć, zawsze się uśmiecha i to jest najrozsądniejsza odpowiedz, do której kobieta jest zdolna.

Już trzy lata trwało ich małżeństwo ceremonialne i wykwintne. Uchodziło ono powszechnie jako "małżeństwo szczęśliwe", ani bowiem mąż nie bił żony, ani żona nie strzelała do męża, co było wystarczającym ogólnie dowodem doskonałej w tym małżeństwie harmonii państwo Leńscy uśmiechali się do siebie w obecności osób trzecich, patrzyli sobie w oczy z uśmiechniętą złym i jadowitym uśmiechem nienawiścią, kiedy byli sami Unikali więc samotności, starając się być jak najczęściej wśród ludzi, widocznie uśmiech fałszywy mniej jest męczący, niż niefałszowana nienawiść

Nienawiść ta czaiła się wszędzie, a przemawiała rzadko.

Pani Leńska, fizycznie słabsza zmęczyła się prędzej. Zaproponowała rozejm.

- Nienawidzisz ty mnie, nienawidzę ja ciebie Oboje nie wiemy - za co? Tak już widocznie być musi...

- Tak tez jest!

- Więc po co się męczyć?

- Mnie to nie męczy - rzekł Leński.

- Ale mnie męczy nieznośnie.

- I cóż z tego?

- Rozejdźmy się!

-Nie widzę powodu...

- Nie widzisz powodu!? To nie jest życie To jest salonowe piekło. Nie jesteśmy dla siebie stworzeni

- Spostrzegłaś to zbyt późno...

- Nie! Wiem o tym od dawna. Pozwól mi odejść!

- Nie!

- Proszę cię! Błagam cię rozejdźmy się!

- Nie!

- I cóż ci z tego przyjdzie!? Męczysz się sam i męczysz mnie.

- Równe szanse.

- Niech każdy odejdzie w swoją stronę Jesteśmy oboje młodzi, i może każde z nas spotkać w życiu jeszcze cos dobrego.

- Upatrzyłaś już swoje szczęście?

- Nie! Nie upatrzyłam. Dlaczego tak mówisz? Więc rozejdźmy się.

- Nie! Nie! Nie!

- Przywodzisz mnie do ostateczności!

- Grozisz?

- Bynajmniej. Ale się nade mną nie znęcaj. Ucieknę!

- Znajdę cię.

- Ja się zabiję!

- Jesteś zbyt piękna, nie zrobisz tego, będzie ci żal twojej piękności.

- Dobrze! Nie ucieknę i nie zabiję się Masz rację Zmuszę cię jednak do tego, ze mnie sam wypędzisz.

- Nie widzę sposobu.

- Ale ja go widzę!

- Proszę, mów! Jak to zrobisz?

- Po prostu zdradzę cię!

Leński zaśmiał się nieszczerze.

- Ty!? ty zdradzisz? Niemożliwe!

- Jutro, jeśli tego zechcę.

- Byłoby to możliwe, gdybyś zechciała, ale ty nie zechcesz? Nie masz duszy, nie masz serca, nie masz w sobie za grosz uniesienia, za pół grosza tego płomienia, który rozpala szaleństwo. Zbyt wytworna jesteś, zęby to uczynić na zimno Nie zdradzisz mnie Do zdrady potrzebny jest wysiłek, a ty do tego me jesteś zdolna Zdrada jest w swoim stylu bohaterstwem, jeśli kobieta ma charakter i duszę Zdrada jest aktem żalu, albo rozpaczy, albo zemsty, albo jest szaleństwem Są to uczucia tak wybujałe, ze do żadnego z nich me jesteś zdolna.

- Zdradzę cię i z zemsty, i z rozpaczy.

- Mścić się nie masz za co, gdyż rachunki nasze są równe Rozpacz zaś nie jest w twoim stylu Rozpacz lubią kobiety brzydkie i mające serce.

- Zdradzę cię!

- Proszę zaprzestać dyskusji która jest jałowa i zaczyna być nudna.

Pani Leński podniosła się uroczyście zarumieniona, z błyszczącymi oczyma Uliczne jej ręce drżały.

- Słuchaj! - mówiła głosem poważnym - Przysięgam ci na wszystko na co tylko przysiąc można że cię zdradzę.

- Śmieszne!

- Nie! Gdybym ci przysięgła cokolwiek innego! Może bym nie dotrzymała. Pamiętaj jednak że to przysięga kobiety i przysięga zdradę. Wszystkie traktaty świata po stokroć zaprzysiężone mogą być nie dotrzymane z wielu powodów, nie ma jednak takiej siły nie ma takiej mocy na ziemi i na niebie aby przeszkodzić kobiecie w zdradzie jeśli kobieta ją przysięga. l ja cię zdradzę!

- Nie chcę cię obrażać śmiechem dlatego się nie śmieję w głos. Czy jesteś niemądrym dzieckiem? Nie spuszczę cię z oka. Będę cię pilnował jak pilnują zbrodniarza lub wariata

- Zdradzę cię!

- Będę pilnował każdego twojego kroku.

- Na nic!

- Będę znał każdą twoją myśl. Będę widział każde twoje spojrzenie.

- Na nic, na nic!

- Posunę się do podłości, gdyż mnie do tego zmuszasz Będę znał treść każdego twojego listu każdej telefonicznej rozmowy.

- Ja cię nie zdradzę w liście, ani telefonicznie.

- Przestań, na Boga, przestań! Nie zbliży się do ciebie nikt, ani ty nie zbliżysz się do nikogo.

- A jednak cię zdradzę! Przysięgłam!

Leński spojrzał złym, nienawistnym wzrokiem.

- W takim razie.

- Cóż w takim razie?

- W takim razie... przedtem cię... zabiję!

- W takim razie - zdradzę cię po śmierci! - krzyknęła pani Leńska Zaczęła się śmiać dziwnym śmiechem

Leński spojrzał na nią, myśląc, ze oszalała, spotkał spojrzenie, pełne złotego śmiechu i sinej, drżącej zimnej nienawiści

Rozpoczęła się walka uparta, pełna pasji, pełna tajonej wściekłości, dręczycielska, ponura i śmiertelnie nużąca. Przeciwnicy traktowali się z galanterią, pełną okrucieństwa, obserwowali się uważnie, czujnie, chytrze, lecz jakoby spod oka, nieznacznie Zatrute strzały czekały swego losu wśród kwiatów, owite uśmiechem l on, i ona przekonani byli o swoim zwycięstwie On był nieco w głębi duszy niespokojny, bo nie wiedział ani dnia, ani godziny i musiał jej strzec strzec nieustannie duszy mściwej, nieodgadnionej, wciąż zamyślonej, planującej i knującej zasadzki, wymyślającej nieprawdopodobne podstępy

- A jednak cię zdradzę! - mówił jej uśmiech.

- Zobaczymy! - odpowiadał drżeniem warg i złym błyskiem oczu.

Nie zostawiał jej nigdy samej; śledził ją z ohydną skrupulatnością, jak wytrawny szpieg. Przewidywał wszystkie możliwe zasadzki i najbardziej nieprawdopodobne podstępy i na wszelki wypadek przygotował szaniec obronny. Przypomniał sobie z nadmiernym trudem wszystkie literackie pomysły, wszystkie omówienia najbardziej wyrafinowanych zdrad kobiecych, aby nie być nigdy zaskoczonym. Przeczuwał, że jeśli zostanie zwyciężony, to w sposób jakiś niezwykły i bezprzykładny, w jakiś sposób genialnie prosty, którego nikt przewidzieć nie potrafi, wiedział, że pomysłowość kobiety jest w tym zakresie wprost cudowna, nieoczekiwana, rodząca się nagle z jakiejś siły diabelskiej, olśniewająca, budząca zdumienie. Natura, baba potwornie mądra, dała kobiecie geniusz większy, niż geniusz Szekspira, do układania dramatów subtelnych, głębokich i niszczących, rozgrywających się na dnie serca. Układacze romansów są niezręcznymi partaczami wobec kobiety, jeśli ona zapragnie romans przeżyć. Chytrość diabła jest chytrością żaka wobec bezgranicznej, genialnej chytrości kobiety, jeśli postanowiła zastawić potrzask. Nikt nigdy nie potrafi przewidzieć jej zamiaru. Jest to w niej wspaniałe i potężne.

Leński wiedział o tym i rozmyślał o tym ponuro. Strzegł swojej żony tak, jak matka strzeże niewinnej córki. Wyostrzonym spojrzeniem docierał do dna jej serca, zbierał oczyma z czoła jej każdą myśl. Usiłował odczytać ukryty sens każdego jej ruchu, przymknięcia powiek, podniesienia brwi. Ona widząc to czyniła wszystko, aby go oszukiwać, aby go nużyć ciągłym tropieniem fałszywych śladów. Zamawiała fałszywe telefoniczne rozmowy, sama sobie posyłała kwiaty, dawała tajemnicze znaki przez okno, szeptała po kątach ze służbą, wymyślała tysiące scenek marnych i niegodnych kobiecego geniuszu. To było badanie terenu i mizerne, szybkie próby obałamucenia przeciwnika.

Przeciwnik się uśmiechał.

Wiedział, że to fałszywe rakiety, a artyleria umieszczona jest gdzieś indziej i bardziej zamaskowana. Czuł, że ją to bardziej nuży, niż jego. Baczniej strzegł jej wśród ludzi. Czynił szybko przegląd wszystkich mężczyzn i obliczał wszystkie możliwości; niektórych od razu wykreślał z rachuby, wiedząc, że kobieta tak wytworna, jak jego żona, nie weźmie ich pod uwagę nawet z zemsty; innych za to obserwował tym przenikliwiej.

Spostrzegł raz w teatrze zachwycone spojrzenie młodego, bardzo dystyngowanego człowieka, który uparcie patrzył w twarz jego żony. Leński spojrzał ukradkiem i ujrzał, że ona chłonie to spojrzenie z nieukrywaną radością i cieszy się nim jak dziecko promieniem słońca. Nasrożył się i spojrzał na młodego człowieka wyzywająco, co młodego człowieka zupełnie nie wzruszyło. Uśmiechnął się do pani Leńskiej po czym zachwyconymi oczyma schwytał lecący ku niemu jej uśmiech.

Leńskiego zbiła z tropu jej nieukrywana szczerość.

- Znasz go? - zapytał.

- Znam.

- Kto to jest?

- Bardzo ci na tym zależy? Jest to jeden z najmilszych ludzi...

- Nazwisko?

- Borowski.

- Kim jest ten miły pan?

- Poeta, bardzo znany.

- Ach! poeta... I cóż?

- Nic.

- Masz zamiar zdradzenia mnie z nim?

- Chciałabym, z największą nawet przyjemnością.

- Odpowiedź twoja jest cyniczna.

- Pytanie nie było lepszego gatunku.

- Wyjdźmy!

- I owszem wyjdźmy...

Nie rozmawiali już tego dnia.

Nazajutrz zauważył, że żona jego czyta książkę Borowskiego. Następnego dnia posłała mu kwiaty. Wieczorem kiedy zadzwonił telefon. Leński podszedł do aparatu, jakiś głos męski pytał o panią Leńską. Leński, nie odpowiedziawszy, zamknął aparat.

Dowiedział się o Borowskim wszystkiego. Od tego dnia spotykał go wciąż na swojej drodze; gdziekolwiek byli Leńscy tam zjawiał się jak widmo wytworny poeta.

Leński się zdumiał. Gra była zbyt jawna i dlatego nie mógł jej pojąć. Pomyślał, czy przypadkiem Borowski nie jest tylko przynętą dla jego uwagi, a zwierzyna jest gdzie indziej? Nie było jednak najmniejszych poszlak. Pani Leńską niemal jawnie uwodziła miłego poetę, na nic i na nikogo poza tym nie zwracając uwagi.

Leński uśmiechnął się z politowaniem, miał bowiem lepsze wyobrażenie o dyplomatycznej inteligencji swojej żony. Rozumiał więc, że cała sprawa ma podłoże wielce mizerne: napełniała go irytacją. Leńską, widząc, że nie zdoła w żaden sposób spełnić niemądrego swego zamiaru, postanowiła zapewne kobiecą modą zatruć mu tylko życie. Tak myślał.

Nie mógł tego jednak wiedzieć poeta Borowski. Zapewne naiwna ofiara jej mściwej mistyfikacji. Ten człowiek, prowadzony na pasku naiwnej intrygi, najwyraźniej oszalał. Nietrudno było spostrzec, że Borowski zapłonął nieukrywaną, ogromną miłością. Wrażliwa, o dziecięcej słodyczy dusza poetycka buchnęła płomieniem. Mógł to z tą duszą sprawić jeden choćby uśmiech kobiety tak ślicznej, jak Leńską, cóż dopiero dziać się z nią musiało, kiedy się do niej uśmiechano wciąż, cudownie, obiecująco i kusząco kiedy jej przysłano purpurowe kwiaty, homagium dla wielkiego poety?

Borowski zaczął patrzeć na Leńskiego ponuro. Spotkał w odpowiedzi wzrok zimny i zły.

Leński czekał ze spokojem, jak się rozwiną wypadki. Znużony, nową w sobie podsycał energię. Pilnował jej jak smok. Czynił rzeczy niesmaczne, przyłapywał listy, ze służby zrobił szpiegów, kazał zdjąć aparat telefoniczny, spalił książki Borowskiego.

Ona nie protestowała, uśmiechając się tylko.

Borowski krążył dookoła, zacieśniał krąg, stawał się, wbrew miękkiej naturze swojej, odważny i przedsiębiorczy. Czuł, że jest szpiegowany, w bezradności jednakże dziecinnej nie umiał znaleźć na to rady. Godzinami wystawał przed oknami Leńskiej, obserwowany spoza firanki przez Leńskiego. Gdyby pociskiem myśli można zabić człowieka, Borowski leżałby teraz pod oknami na ulicy bez życia, siedemkroć razy zabity. Tak mijały tygodnie, ponure, złe tygodnie.

Nienawiść wypijała z tych dwojga siły powoli i dokładnie. Noce Leńskiego były bezsenne i pełne gorączkowych wizji. Widział udrękę swojej żony i nie czuł współczucia. Krew w sercu jego zakrzepła i była czarna. Nigdy, nigdy nie zjawiła się przed tym sercem myśl łagodna i łaskawa, aby powiedzieć tej kobiecie;

- Serca nasze nie są dla siebie stworzone, odejdź w pokoju, i niech wielka miłość będzie zawsze z tobą!

Potworna, zła, samcza duma podszeptywała mu okrucieństwo

- Niech raczej umrze - myślał.

Patrzył na nią urągliwie, jak zły człowiek patrzył na unieruchomionego w sidłach ptaka. Oto go schwytał i spętał przemyślnością wielką rozumu, silnym barbarzyństwem.

A jednak stało się coś czego nie przewidział ani Leński, ani jego rozum.

O godzinie siódmej wieczorem ślicznego, wiosennego dnia zadzwonił ktoś leciutko do mieszkania Borowskiego, który, otwarłszy drzwi, cofnął się, jakby zobaczył widmo. We drzwiach stała smutno uśmiechnięta pani Leńska, trupio blada z nadmiernego wzruszenia. Położyła palec na ustach, jakby dając znak, aby nie krzyknął ze zdumienia. W ręce miała bukiecik fiołków: była ubrana niezwykle wytwornie; na głowie zamiast kapelusza miała jakby siatkę z jedwabnej gazy.

Weszła cichutko, rozejrzała się ciekawie po mieszkaniu, zawsze ślicznie uśmiechnięta.

Borowski zdaje się, że odchodził od zmysłów ze szczęścia. W łagodnym świetle nakrytej kolorowym abażurem lampy wirował cały świat, wszystko się chwiało, wszystko zmieniło kształt, stało się jakby miękkie, prześwietlone, przejrzyste i łaskawe. Śliczna Leńska w tym świetle i w tym widzeniu wyglądała nieziemsko. Spojrzała Borowskiemu w oczy z takim uśmiechem dziwnym, z uśmiechem tak radosnym, a tak pięknie smutnym, że poeta zadrżał. Ukląkł przy niej i całował jej suknię.

Zdawało mu się, że jest pijany. Świat był jakiś inny, wszystko było jakieś inne. Fiołki, które wysunęły się z jej ręki, przedziwną wydawały woń. To był zapach wielkiego szczęścia.

Kiedy ją, jak obłąkany tulił w ramionach, odnosił wrażenie, że się szczęśliwą, promienistą prawdą stało poetyckie marzenie o miłosnym oddaniu tak wspaniałym i pełnym, że duchy kochanków wchodzą w siebie i chłoną siebie nawzajem, że są jednym i nierozdzielnym, spoiwem w niezmiernej miłości i pożądaniu bezgranicznym.

Mówił do niej tak tkliwie i rzewnie. W wyrazach prostych, takich jak szczebiot dziecka, wypowiedział jej całą swoją miłość, wypiastowaną w sercu czystym i prawym.

Czuł, że go gładzi ręką po rozpalonej, majaczącej głowie, pełnej zachwyconych, szczęśliwych głosów.

Tak mijały godziny szczęśliwe, nieludzkie, jakby senne, jakby niebieskie.

Było już bardzo późno, kiedy Leńska szepnęła cichutko:

- Muszę odejść.

Przez cały czas niemal nie mówiła, jakby jej zaczarowany uśmiech starczył za wszelkie słowa. Teraz mówiła, ale szeptem i jakby z bolesnym wysiłkiem.

To wzruszenie i szczęście odebrały jej zapewne nawet siły, które lepią ze złotych myśli złocone słowa.

Mówiła:

- Muszę odejść... A za wszystko proszę tylko o jedno... Jestem cała twoja, całą duszą... Nie było kochanki wierniejszej i bardziej oddanej... Taką zostanę już dla pana na zawsze... Proszę, niech pan za to zabierze mnie od niego... Niech pan jutro pójdzie do niego i powie mu wprost, bez litości... O, tylko bez litości...

- Pójdę i powiem... Co mam powiedzieć?...

- Proszę mu powiedzieć, jak bardzo ja kocham pana i jak bardzo pan kocha mnie. Proszę mu powiedzieć, że byłam tu u pana przez pięć godzin... Proszę przysiąc, że pan to uczyni...

- Przysięgam! Pani już do niego nie wróci...

- Jeszcze tylko na króciutki czas.

Odprowadził ją do domu zaułkami. Szła obok bez jednego słowa. W oknach Leńskich było ciemno.

- Tu się rozstaniemy... Muszę wrócić sama... Żegnaj, cudowny poeto!...

Borowski wyciągnął ku niej obie ręce, ale już jej nie było. Stał długo pod oknami, które się jednak nie rozświetliły. Widocznie pani Leńska bała się światła i nieobecność swoją utopiła w ciemności.

Borowski wrócił do życia, jakby wrócił z tamtego świata. Przeżył w cudownym widzeniu raz jeszcze tę historię śliczną i przedziwną, nagłą i niespodzianą jak szczęście. Począł szukać fiołków, bo wciąż czuł zapach, lecz nigdzie ich nie było. Pani Leńska musiała je zabrać.

Nazajutrz z myślą jasną i zahartowaną poszedł do Leńskiego, aby mu uczciwie wyznać wszystko i zażądać uwolnienia spętanej kobiety

Postanowił być szczerym aż do okrucieństwa

Leński przyjął go spokojnie, bez najmniejszego zdumienia Był blady i twarz miał nieludzko zmęczoną, jakby się na niej odprężył każdy muskuł po wielkim uporczywym napięciu Ruchy miał powolne, ruchy człowieka, który się podniósł po dręczącej chorobie

- Czego pan sobie życzy!? - zapytał głosem spokojnym i łagodnym

Borowski, spojrzawszy na jego twarz, poczuł litość.

- Ten człowiek musiał wiele wycierpieć - pomyślał w dobrym sercu Odpowiedział więc miękko

- Przyszedłem w sprawie nieco dziwnej Z góry przepraszam pana ze panu sprawię ból.

- Niech pan mówi, jestem dość odporny.

- Panie Leński! Ja kocham pańską żonę!

- Wiem o tym Czy tylko tyle miał pan mi do powiedzenia?

- Jeszcze więcej. Żona pańska kocha mnie.

- To nieprawda...

- Wiem o tym, że jest to prawda. Gdybym nie był tego pewny, me przyszedłbym tutaj.

- Stąd wniosek?

- Stąd wniosek prosty Żona pańska nie zaznała szczęścia w pożyciu z panem, ani pan z nią.

- Pan ma dobre wiadomości Skąd pan to wie, jeśli łaska?

- Od niej

- Od niej? Nie wiem, jak i kiedy zdołała to powiedzieć ale to wszystko jedno Słowo kobiety jednak jest często dźwiękiem pustym pan wprawdzie jest poetą, więc istotą która zmienia wartości wedle upodobania, ale słowo mojej żony to wiele dla pana ale dla mnie to zbyt mało Słowo mnie nie przekona Czego pan chce?

- Chcę, aby pan tej kobiecie pozwolił odejść od siebie.

- Naturalnie do pana?

- Tak, do mnie

Leński uśmiechnął się jakimś trupim śmiechem

- Pan żąda?

- Ja błagam Jeśli pan nie usłucha wielkiej prośby człowieka, który ubłagać chce drugiego człowieka, to będę żądał.

- Och! Żądać może tylko ktoś, kto ma do tego prawo.

- Ja mam prawo!

- Pan? pan ma prawo? Jakież, u licha?

- Nie chcę panu sprawie bólu Niech się pan domyśla, mech pan podejrzewa, lecz niech pan sam sobie me wbija noża w serce.

- Ja sobie nóż w serce7 Co pan chce przez to powiedzieć?

- Chcę powiedzieć... Proszę pana o zachowanie spokoju... pan chciał sam...

- Proszę mowie!

- Więc powiem panu Ja wobec pani Leńskiej mam święte obowiązki... Jestem człowiekiem uczciwym... Pani Leńska żona pana należy do mnie.

- W jakim znaczeniu pan to mówi?

- Nie chciałbym wyjaśnić mężczyźnie dokładnie znaczenie słowa którego przed chwilą użyłem, a które rozumie każdy - rzekł Borowski z wysiłkiem.

Leński podniósł na niego leniwy wzrok Ujrzał twarz o szczerości dziecka ten człowiek mówił prawdę Cos mu załomotało w czaszce podniósł się z trudem i zbliżył się ciężko do Borowskiego jakby chciał z bliska spojrzeć w jego oczy Znowu ujrzał prawdę.

- Sprawiłem panu boi - rzekł cicho Borowski - wiem o tym.

- Mniejsza o mój ból... Nie to mnie boli... Panie, jest pan w tej chwili silniejszy ode mnie Ja jestem zwyciężony nie przez pana o nie! Silniejszy jest pan z innego powodu więc ja teraz pana błagam z kolei niech mi pan powie, kiedy się to stało Czy może pan powiedzieć mi prawdę?

- Pani Leńska prosiła mnie o to...

- Prosiła? Tak... Tak... rozumiem więc kiedy i gdzie?

Żona pańska dziś a jutro żona moja przyszła wczoraj do mnie wieczorem kilka minut po godzinie siódmej Odprowadziłem ją w pobliże domu państwa około dwunastej... Co panu jest?

Borowski się zaniepokoił Leński rozszerzył oczy i wyglądał jak człowiek porażony śmiertelnym strachem. Chwytając powietrze mówił jakimś charkotem:

- Czy pan jest pijany?

- Panie Leński?

- Szalony?

- Ja nie, ale pan.

- Parę minut po siódmej?

- Tak!

- Pan przysięgnie? pan to zaświadczy słowem honoru?

- Przysięgam! Daję uroczyste słowo honoru.

- Cicho! Cicho! Niech pan mówi ciszej! Ja słyszę Jeszcze jedno jak była ubrana moja żona?

- Po co się pan męczy i po co panu te szczegóły?

- Ja muszę wiedzieć!

- Jeśli panu na tym zależy... Robi pan teatr... Trudno cierpienie ma swoje prawa...

- Jak była ubrana?!

- Była w sukni czarnej jedwabnej na głowie miała dziwne okrycie z jakiejś gazy...

- Boże Miłosierny!...

- Ach może i to pana zainteresuje ze miała w ręce bukiecik fiołków,..

- Tak, tak, tak - powtarzał Leński, jak obłąkany.

Borowski patrzy niepewnie i niepewnym głosem zapytał:

- Co pan raczy postanowić?

Jakby zbudzony tym głosem, Leński drgnął i spojrzał na Borowskiego tak, jakby go ujrzał dopiero w tej chwili.

- Panie! - szepnął - ta kobieta...

- Cóż ta kobieta?

- Ta kobieta strasznie się na mnie zemściła...

- Nie rozumiem...

- Pan tego nie może zrozumieć. Torturowałem ją, a ona przysięgła, że mnie zdradzi...

- Pan winien...

- Tak, ja!...

- Pan zabił jej serce...

- Tak, ja!...

- Pan ją więził...

- Tak, tak, ja!... A ona mnie zdradziła...

- To nie zdrada!

- Może być... może być... Nie o to idzie...

- Tylko o to jak? pan majaczy!

- Za chwilę pan zrozumie. I pan też będzie majaczył. To była sprawa z kobietą! Niech pan pójdzie ze mną.

- Dokąd?

- Jak to dokąd? Do niej!

Leński szedł jak automat, za nim Borowski niepewny, poruszony i wzburzony.

Co ten tragiczny pajac wyprawia? O czym bredzi? Niech zresztą bredzi, za chwilę wszystko się skończy. Za chwilę zwycięży miłość i serce ludzkie.

Leński przeszedł przez dwa pokoje i otworzył drzwi do trzeciego.

- Ona jest tutaj - szepnął cicho.

Borowski spojrzał i chciał krzyknąć, ale nie mógł. Coś mu się urwało w duszy.

Na niskim posłaniu leżała pani Leńska w czarnej sukni, z dziwnym nakryciem głowy, ze złożonymi na piersiach rękoma, w których trzymała wiązankę fiołków. Krzyż u głowy, obok świece.

Leński mówił cicho.

- Otruła się wczoraj o godzinie siódmej wieczorem... Potem dotrzymała przysięgi... Nie mogła zwyciężyć inaczej... Patrz pan, jest uśmiechnięta... To była genialna kobieta... Nie mogła z domu wyjść żywa, więc wyszła przez śmierć... Czyż to nie genialne?... Okazuje się przy tym, że miała duszę! Panie ona miała duszę! Niech mi pan plunie w twarz!...

Z Borowskim świat się zakręcił.

Zdołał jeszcze pomyśleć:

- Są rzeczy na świecie i w kobiecie, o których się nie śniło filozofom. 

 

 


W przypadku znalezienia błędu na stronie - prosimy o informację. kontakt


copyright © 2002 - 2010
www.Zaprasza.eu
oraz
Fundacja  Promocji  Kultury
Wszystkie prawa zastrzeżone