Między ustami a brzegiem pucharu

Rozdział V

Z pomocą karty geograficznej odnalazł Croy-Dülmen miejscowość Braniszcze.
Była to duża wieś o dziesięć wiorst od kolei żelaznej, przerżnięta szosą i posiadająca pocztę, telegraf, doktora, aptekę, szkółkę i oberżę Pod Smokiem.
Do owej tedy oberży w ulewny deszcz, odkrytą kariolką bez resorów, zajechał pewnego wieczora panicz berliński z nieodłącznym Urbanem, obadwa zziębnięci, potłuczeni i w szkaradnych humorach. Lokaj przez uszanowanie milczał, hrabia klął. Istotnie, ciężka to była wyprawa.
Blichtr niemiecki ginął o parę kroków za plantem kolei - dalej leżał kraj obcy, nieprzyjaźni ludzie, nieznane stosunki, niezrozumiały język.
Zaborcy skaleczyli mowę miejscową, a nie nauczyli swojej - z tego stworzył się żargon, którego ani rodowity Niemiec, ani Polak z innych stron nie potrafiłby zrozumieć. Był to bigos słowiańsko-germański, przeraźliwy.
W oberży gospodarz powitał dostojnego gościa tysiącem ukłonów; należał do jakiejś nieokreślonej rasy, wyrażał się jak krowa po hiszpańsku.
To dopiero metys polsko-pruski! - pomyślał Wentzel wzgardliwie.
Dnia tego nie można było myśleć o dalszej podróży. Rozgościł się w najlepszej izbie, zjadł kolację i legł spać, zdając bezpieczeństwo swej osoby i mienia w ręce wiernego Urbana.
Gdy się obudził, na świecie było południe.
Bolały go członki od twardej pościeli, a głowa od mocnej woni siana; przez chwilę nie wiedział, gdzie się znajduje.
- Urban! - zawołał.
Drzwi się otwarły, w promieniach światła ukazała się wypomadowana, uczesana modnie głowa lokaja.
- Was gibt's? - ziewnął Croy-Dülmen.
Sługa tempem żołnierskim przymaszerowai aż do łóżka, wyprężył się jak struna i wyraportował jednym tchem:
- Gut Mariampol, Besitzerin Wohlgeborene Frau Thekla von Ostrowska; liegt ungefähr zwei Meilen nach Osten!
- Głupiś ze swoim Osfen! Nająłeś konie?
- Pocztę, jasny panie.
- To dobrze. Będę wstawał.
Urban przyjął tę wiadomość głębokim ukłonem i zamilkł, zajęty tualetą pańską.
Nie odzywał się nigdy nie zapytany.
A Wentzel stroił się jak na królewskie salony, z całą starannością kobiecego ulubieńca i wytwornego eleganta.
- Gdzieś dostał wiadomość? - zagadnął. - Któż tu rozumie po ludzku?
- Poczthalter, jasny panie, jedyny cywilizowany człowiek. Ein echter Preusse!
- Pani Ostrowska sama mieszka?
- Po śmierci męża mieszka przy niej panienka, sąsiadka. Fräulein von Zonżoska, której brat, Herr von Żonżoski, zarządza majątkiem i interesami.
- Cóż o nich wszystkich mówi poczthalter?
Urban pozwolił sobie na gest oburzenia.
- Schauderhafte Geschichten! Niemców tam nie puszczają na dziedziniec, nie przyjmują na służbę. Stara pani nie przyjmuje nikogo, kto ich językiem nie mówi, a pan Żonżoski przestrzelił sobie umyślnie prawą rękę, żeby nie służyć w armii naszej.
- Ho, ho! Scewola! - mruknął Wentzel. - Daj perfum. A o panience nic nie mówił?
- Panienka jest okropnie dumna! Sie ist verlobt mit Herrn von Glembocki aus Struka.
- Masz zdumiewającą pamięć. Tymi nazwiskami można język połamać. No, daj mi tu kawy i każ konie zakładać.
Urban zwrócił się na pięcie i zniknął.
W godzinę potem Wentzel siedział na bryczce pocztowej i rozglądał się ciekawie dokoła. Okolica była płaska, piaszczysta, starannie uprawna, przerżnięta siecią dróg i strumyków. Wsie tylko brudne, nieporządne stanowiły smutny kontrast z osadami Niemców rozrzuconymi tu i ówdzie. Wzdłuż gościńca dwory stały z rzadka jak baszty samotne, ciche, zamyślone zda się, w wieńcu włoskich topoli. Istotnie, były to bastiony zdobytej fortecy. Ona sama kruszyła się i rozpadała w ruinę pod naciskiem zdobywcy: wieżyce stały patrząc z góry na zniszczenie i zgubę - zachowały jeszcze na swym czole starą wiarę, starą krzepkość i starą tradycję. Zdobywca obchodził je czekaiac cierpliwie na czas i na wewnętrzną niezgodę. Na moralną siłę i opór nie było materialnego sposobu.
Hrabia spytał o nazwę pierwszego dworu, ale pocztylion odwrócił się, popatrzał nań i zaśmiał się, trzęsąc przecząco swą płową sarmacką czupryną.
- Nikiej nie rozumiem, wielmożny panie! - rzekł.
- Ciekawym, jak się poczthalter z nim porozumiewa - mruknął Niemiec, a Urban na koźle zawyrokował:
- Polnisches Viech!
Chłopak musiał to słyszeć nieraz z ust swego chlebodawcy, bo błysnął w stronę lokaja wilczym spojrzeniem i odparł zajadle:
- Bodaj cię kolki rozparły, szwabska pokrako!
Do jednego wreszcie dworu zawrócił Mazur po parogodzinnej jeździe. Skręcił z gościńca w topolową wysadę, śmignął biczyskiem po szkapach, przytknął trąbkę do ust i oznajmił gości wesołą pobudką. Po murowanym moście wpadli na dziedziniec, objechali galopem trawnik usiany gęsto krzewami i po brukowanym podjeździe dotarli do drzwi wchodowych.
Tu chłopak całą siłą zatrzymał swój niesforny zaprząg, a biczyskiem wskazał kogoś stojącego obok oficyn.
- A ot i panicz z Olszanki stoją - rzekł.
Wentzel rzucił okiem w tamtą stronę. Był to ów blondynek z teatru, tylko że nie w stroju balowym, ale w długich butach, szamerowanej węgierce i prostym słomianym kapeluszu.
Popatrzył na pocztowe konie i zamiast iść przyjmować gości, zawrócił na folwarczny dziedziniec.
Hrabia wysiadł z bryczki, a ponieważ nikt na spotkanie nie wychodził, więc otworzył ciężkie drzwi i wszedł do obszernej mrocznej sieni.
Dopiero teraz ukazał się ktoś żywy - w osobie starego zgarbionego lokaja w ciemnej liberii.
- Czy pani przyjmuje? Oto mój bilet - rzekł po niemiecku hrabia wyjmując bilet.
Ale sługa rękami tylko strzepnął.
- Pan nie mówi po polsku? - spytał.
Wentzel ramionami ruszył - nie rozumiał.
- To proszę do oficyny... bo pani... tego... nie zechce gadać... tego... nie rozumie... - jąkał stary złą niemczyzną.
- Może przyjmie spojrzawszy na bilet - protestował młody człowiek.
- Eh, nie, żeby i z nieba bilet... tego... pani nikogo takiego... nie widuje. To pań Jan... umie po szwabsku. Proszę pana... ja... tego... zaprowadzę.
Poszli tedy przez dziedziniec na folwark do dużej murowanej oficyny. Stary poprowadził Niemca do środka, gdzie u okna siedział młody człowiek, blondyn, i gwiżdżąc robił naboje do strzelby. Dwa gończe powitały obcego groźnym warczeniem, a ich pań podniósł obojętnie głowę.
- Cicho, Śpiewak. A czego tam, Walenty?
- Niemca przyprowadziłem do panicza, żeby go wyrozumieć.
Blondyn zerwał się żywo, zdjął kapelusz, odsunął z biurka patrony, kopnął nogą burczące psy i powitał przybyłego dość znośną niemczyzną.
- Czym mogę panu służyć?
- Właściwie przyjechałem z wizytą do pani Ostrowskiej i sądzę, że przyjęłaby mnie, gdyby jej dano mój bilet. Ale ten zwyczaj, jak widzę, nie jest tu jeszcze w użyciu.
- Owszem, ale pani Ostrowska nie rozumie ani słowa po niemiecku i wątpię, czyby pana przyjęła. Z kim mam przyjemność?
- Jestem wnuk pani Ostrowskiej, Croy-Dülmen.
- Jan Chrząstkowski, jej sąsiad i wychowaniec.
Skłonili się sobie wzajemnie, przy czym gospodarz podał krzesło i sam usiadł.
Gdy tak siedzieli naprzeciw siebie, stanowili dziwny kontrast i ciekawe studium. Jeden - szczupły, delikatny, salonowiec od stóp do czoła, o głowie patrycjusza, zimnej a dumnej - piękny chłopiec, ale pięknością wielkomiejską, rozdenerwowaną i bladą. Oczy jego patrzały na świat z wyrazem zmęczenia, przesytu i pogardliwej pewności siebie, usta miały przykry grymas cynizmu i szyderstwa.
Naprzeciw niego ten ogorzały wieśniak, rozrosły, muskularny, niedbały o szablon światowy, a swobodny, żywy, prosty jak leśna drzewina.
Wichrowata, swawolna, szeroka natura wyglądała mu ze szczerych oczu. Było to dziecko rozległych pól, wsi - otwarte, ogniste, a dobre jak biały chleb wielkopolski.
Czuć było jednak, że wraża mowa ściskała mu duszę wspomnieniem krzywdy, że narodowość gościa tłumiła w nim wszelkie dobre instynkty, wyrzucała na wierzch z serca całą niechęć, zaciętość i cichą wściekłość zwyciężonego.
Croy-Dülmen pierwszy się odezwał:
- Bardzo mi przykro, że rodzina mej matki nie zawiadomiła mnie o śmierci dziadka. Chociaż prawie obcy, nie omieszkałbym odwiedzić babkę zaraz po tej ciężkiej stracie. Dowiedziałem się o zgonie dziadka zaledwie z listu pana i pośpieszyłem zaraz z wypełnieniem smutnego obowiązku. Sądzę, że babka uwzględni moje pobudki i, choć Niemca, raczy wysłuchać. Możemy zresztą porozumieć się po francusku.
- Pań pozwoli, że jej te słowa powtórzę - rzekł Chrząstkowski wstając.
- Bardzo proszę o to.
Polak wyszedł i wrócił po chwili.
- Pani Ostrowska pozwala panu przyjść. Wymaga wyłącznie francuskiej rozmowy.
Była to audiencja jak u cesarza.
Croy-Dülmen pokręcił głową, ale nadzieja ujrzenia pięknej siostry Chrząstkowskiego stłumiła budzącą się niecierpliwość. W milczeniu wziął kapelusz i poszedł za przewodnikiem.
Pod gankiem stała poczta i Urban siedział na stopniu bryczki, melancholijnie wodząc oczami po niebie. I pan, i sługa nie byli przyjęci z otwartymi ramionami. Zdarzyło się to im po raz pierwszy w życiu i tym ciężej dotykało. Stary sługa spotkał ich z lampą w ręku i poprowadził w głąb domu po ciemnych pustych salonach; nareszcie otworzył jedne drzwi i wpuścił ich do niewielkiego, słabo oświetlonego gabinetu. Dwie świece, osłonięte zielonymi umbrelkami, rzucały krąg jasności na stół przykryty ciężkim wzorzystym adamaszkiem, przy którym siedziały dwie kobiety: jedna z robotą włóczkową w ręku, druga pochylona nad rozwartą książką. Czytała głośno - słyszał Croy-Dülmen w sąsiednim pokoju; na skrzyp drzwi urwała nagle, podniosła powoli oczy i spuściła je znowu.
Mała, żywa i jeszcze czerstwa staruszka opuściła na stół kościane druty, przechyliła się za obręb światła, zasłoniła dłonią oczy i zagadnęła niecierpliwie.
- Czy wy się dziś nie uspokoicie? Kto tam znowu?
- Ja, babuniu - zabrał głos Chrząstkowski. - Przyprowadzam, wedle pozwolenia, hrabiego Croy-Dülmen.
- Ano, to wchodź i zamykaj drzwi. Ten może raczy się zbliżyć i przywitać sam.
Nie wstała, ale tylko protekcjonalnie kiwnęła głową na głęboki ukłon młodego człowieka. Oddał również głęboki ukłon młodej czytelniczce.
- Hrabia Croy-Dülmen, moja siostra - przedstawił Jan po francusku.
Panienka w milczeniu skłoniła lekko swe piękne blade czoło - nic więcej.
- Ja nie mówię po niemiecku - zaczęła staruszka - ale pan rozumie po francusku?
- Naturalnie - potwierdził w ponownym ukłonie.
Stał wciąż jeszcze z kapeluszem w ręku, a bystre oczy pani Ostrowskiej oglądały krytycznie tego nieznanego, obcego zupełnie syna jedynej córki. Jan przysunął gościowi krzesło. Zaległa chwila milczenia. Pierwszy raz czuł się piękny panicz zakłopotany, zmieszany, niezdolny rozpocząć rozmowy. To przyjęcie odurzyło go jak cios obuchem po głowie. Sądził, że zrobi swą wizytą honor i rozradowanie: czuł się traktowanym jak natręt, z widoczną chęcią pozbycia się go co rychlej. Młody obywatel usiadł obok siostry i milcząc kręcił swe jasne wąsiki; panienka przerzucała machinalnie kartki książki; babka obejrzawszy gościa uważnie wzięła znowu druty. Trzeba było samemu iść do ataku.
- Mówiłem właśnie przed chwilą panu - spojrzał na Jana - jak mi przykro, żem nie został zawiadomiony o zgonie ojca mej matki. Byłbym tu od dawna, szczęśliwy, gdybym mógł w czym służyć. List pana Żonżoskiego...
- Co? Jak? Jak pan powiedział? - zaperzyła się staruszka. - Co to? Drwiny? Umyślnie kaleczysz nazwisko?
Croy-Dülmen poczerwieniał jak żak, obejrzał się, nie wiedząc, co dalej mówić i czy nie lepiej ukłonić się i jechać.
Wtem piękna dziewczyna podniosła głowę; na twarzy i przez wyraz powagi przedzierał się mimowolny uśmiech.
- Babunia zapomina, że hrabia po raz pierwszy w życiu wymawia polskie nazwisko, do tego tak trudne jak nagle - ujęła się spokojnie.
- Oho, oho! Znam ja tych arogantów! Ojciec tego młodzika, gdy tu wszedł, niosąc zgubę biednej naszej Jadwini, był taki słodki, taki miły, tyle obiecywał! Miał Jadwinię co rok nam na święta przywozić, syna, jeśli będzie, oddać na wychowanie. Złote góry! Tymczasem porwał ją do swego zamku rozbójnickiego nad Ren, i tyleśmy ją widzieli. Słowo Niemca to fałsz... Moja jedyna córka umarła wśród obcych, wrogów, sama. Nie dano nam znać o chorobie i śmierci.
- W tym przynajmniej nie ma mojej winy. Miałem wówczas trzy dni wieku - wtrącił Croy-Dülmen.
- Zrobiłbyś to samo! - przerwała zapalając się coraz mocniej. - Każdy z was taki. Znam ja was. Cierpiałam całe życie za to, żem córce mojej pozwoliła zrobić mezalians.
Hrabiemu wypadł z ręki kapelusz. Otworzył usta, wlepił wzrok w staruszkę.
Co? Mezalians zrobiła ta polska szlachcianeczka? Jego ojciec, hrabia od krzyżowych wojen, był jej niegodnym!
Czy to dom wariatów, czy on śni?
Potem nagle ogarnęła go wściekłość - zbielał, zębami gryzł do krwi wargi, w piersi huczał mu orkan śmiertelnej obelgi.
- Nie przyszedłem tu po krytykę i sąd na mego ojca i moją narodowość - zaczął głucho. - Rodziców obojga nie pamiętam, o mezaliansach mam wręcz przeciwne przekonanie; co zaś do Polaków, mamy względem nich najlepsze intencje.
- Znamy, znamy te wasze intencje! Wygnać nas precz, a przedtem wyzyskać wiarę, łatwowierność, zapał, zdolności, siły wszystkie. Czegóż milczysz, Jasiu? Opowiedz, jak twemu starszemu bratu pod Fröschweiler zagrali i jak padł tam w pierwszym szeregu, w pierwszym pułku! Tak, tak! Nie ma Wacia, nie ma mojej Jadwini!
Urwała. Gniew jej stopniał pod tym mogilnym wspomnieniem, spuściła głowę, a na robotę w drżących rękach spadły dwie wielkie łzy sierocej starości. Milczenie zaległo pokój.
- Babuniu! - upomniał korzystając z chwili Jan. - Hrabia jest pod naszym dachem...
- Mam prawo mówić prawdę: niech słucha.
- Słuchałem długo i cierpliwie - zaczął Wentzel dziwnym tonem - pani jesteś moją babką i starą zbolałą kobietą; więc nie wdaję się w swary. Przyznaję jednak, że nie spodziewałem się takiego przyjęcia tam, gdziem osobiście nic nie zawinił. Jestem Niemiec wychowaniem, krwią, pojęciami i życiem, ale nie przestępowałem tego progu jako wróg. Moje intencje były czyste i prawe. Przepraszam najmocniej za żywe słowo, jeślim nim obraził. Chciałem, choć późno, poznać kraj mojej matki, myślałem, że zastanę tu rodzinę. Pozwoli pani się pożegnać.
- Proszę zaczekać, zobaczę, czy konie gotowe - rzekł Jan zrywając się z miejsca.
Croy-Dülmen podziękował ukłonem i usiadł znowu. Czuł, że do domu tego nie wróci więcej i ogarnęło go gwałtowne pragnienie usłyszenia jednego choćby słowa z ust panienki. Pamiętał słowo w słowo rozmowę owej burzliwej nocy przed pół rokiem, jej wzgardę i gniew. Boże, co on jej wtedy mówił! - Czuł się skazanym bez odwołania.
Rozmowy zawiązać nie widział sposobu, gdy wtem ona spojrzała nań po swojemu, posępnie, i spytała:
- Pań bawi stale w Berlinie?
- Całe lato byłem nieobecny, pani. Część czasu spędziłem w dobrach, resztę we Francji.
- W Biarritz - dodała spokojnie.
Rzucił jej zdziwione -spojrzenie - czy była jasnowidzącą?
Zrozumiała widocznie myśl wzroku, bo dorzuciła w formie objaśnienia:
- Hrabina Mielżyńska bawiła tam i spotykała pana.
Spuścił głowę i zarumienił się. Czy tylko tyle opowiedziała hrabina? W Biarritz on z hrabiną Aurorą uchodzili za małżeństwo. Istotnie, wiodło mu się szczęśliwie w tym domu!
Staruszka zajęła się robotą, spod oka niekiedy patrząc na wnuka, Prusaka. Nie mieszała się do rozmowy, myślała o czymś innym.
W tej chwili Jan ukazał się z powrotem.
- Konie gotowe - rzekł wahając się - ale deszcz leje strumieniami.
Croy-Dülmen złożył dwa milczące ukłony i wyszedł z Chrząstkowskim. Deszcz padał jak z cebra. Młody człowiek wyszedł z gościem na ganek i wzdrygnął się.
- Nie sposób jechać - zauważył. - Może pań się zgodzi przenocować u mnie w oficynie. Mam dwa pokoje na usługi.
Croy-Dülmen spojrzał w szczerą twarz chłopaka.
- Pan się nie boi przyjmować Niemca na dziedzińcu pani Ostrowskiej?
- Jutro bym dostał burę, gdybym pana wypuścił w taki czas. Proszę za mną. A ty, przyjacielu, ruszaj do stajni ze zwierzętami, a potem spać do czeladzi. Wara mi tylko z papierosami. Walenty, parasol!
Po godzinie siedzieli obydwaj przed kominem, na stole szumiał samowar i dymiła obfita kolacja. Urban w sąsiednim pokoju słał łóżka.
Podobnego zakończenia całej awantury nie spodziewał się hrabia Croy-Dülmen.
Jana oderwano na chwilę do spraw gospodarskich.
Wentzel zamyślił się nad wypadkami ubiegłego dnia. Dziwny kraj, gdzie młodzież była tak cicha, skupiona w sobie, milcząca, a starzy przy siwych włosach zachowali gorące uczucia, zapał i siłę. Dziwny kraj, dziwni ludzie!
Pani Tekla to nie była ciocia Dora, którą można było ułagodzić konceptem i uśmiechem lub nastraszyć lada czym. Młody człowiek to nie był pusty frant stołeczny lub nadęty oficer z gwardii; a ta dziewczyna - o, nie była to istota, której serce zdobywało się powierzchowną pięknością, fizycznym urokiem lub słodkimi słowami.
Hrabia poruszył się niecierpliwie.
- Weźmie Michel "Scherza" - zamruczał upokorzony - i ?Fingala" - dodał jako pociechę, ciskając w płomień nie dopalone cygaro.
- Cóż pań taki markotny, hrabio - ozwał się Jan.
- Na złą pogodę - odparł.
- Barometr idzie w górę - pocieszył wieśniak.
Usiadł znowu naprzeciw gościa i podrzucił drew na ogień.
- U nas ziemniaki marnieją nie wykopane - mówił dalej - a zasiewy niesporo schodzą w te słoty.
- Pań dzierżawi Mariampol?
- Nie, tylko administruję. Mam majątek o miedzę. Ojciec nas odumarł młodo; pań Wacław Ostrowski był naszym opiekunem. Teraz, po śmierci, odpłacam się pozostałej wdowie. Siostrę ona wychowała; niech staruszkę. pielęgnuje. Mieszkam u siebie w Olszance, ale dojeżdżam tu co dzień.
- Pan nie żonaty?
Chłopak się zaśmiał. Ten śmiech zerwał lody.
- Czy wyglądam tak staro?
- Państwo tu wszyscy macie wygląd nad wiek poważny.
Chmura przeszła po czole Polaka.
- Ot, tak nam sądzono - mruknął wymijająco. - Na wsi pleśnieje się, obrasta mchem, grzybieje.
- Pan nie bywa nigdy w Berlinie?
- Byłem parę razy, ostatni raz przed śmiercią pana Ostrowskiego. Był jeszcze rzeźwy i nie spodziewaliśmy się wrócić tu z trumną.
- Więc to było tak nagle?
- Apopleksja po powrocie z teatru. Ale zdaje mi się, żem wtedy pana widział w loży, a potem w krzesłach. Byliśmy we troje, z Jadzią. Pań sobie nie przypomina.
- Owszem. Siostra pana zwróciła szczególną uwagę. Żebym wiedział, że to mój dziad... Nazajutrz wyjechałem z Berlina.
- Nazajutrz pan Wacław już nie żył. Jak piorun przyszło. Biedna pani Tekla została samiutka jedna na świecie. Ni męża, ni bliskiej rodziny, ni dzieci. Pan nie powinien czuć do niej żalu za ostre słowa. Żywej jest natury, a taka nieszczęśliwa!
- Darowałem jej wszystko; żałuję, że dla niej czymkolwiek być nie mogę.
- Do rana jeszcze daleko, a pan bardzo do swej matki podobny, sądząc z portretu.
Doktor Voss za podobne zestawienie omal nie został obitym; teraz Wentzel nie zaprzeczył nawet ruchem.
Widocznie, że nabierał ochoty na ponowną wizytę u gniewliwej staruszki, nawet z perspektywą powtórnego łajania.
Ha, żeby jeszcze raz zobaczyć cudną siostrę Jana, posłyszeć głos, zajrzeć w mroczne głębie oczu! Dotąd nie zauważył, jakiego były koloru, tylko to czuł, że miały w sobie coś niepojętego, co ciągnęło i odpychało zarazem.
Ach, jakie one piękne były w uczuciu, w uśmiechu, w kochaniu! Ach!
- Czy istotnie straciliście państwo brata we Francji? - ozwał się po przerwie.
- Istotnie, zginął zaraz z początku wojny. Był kapitanem w pułku poznańskim. Szukaliśmy z Jadzią daremnie grobu. Leży gdzieś we wspólnym dole. Wojna nie matka, lecz macocha. Wola Boża! Zginął jak bohater! I pań służył?
- Tak, w gwardii. Pamiątek na skórze mam niemało, alem żyw wrócił z Żelaznym Krzyżem. Pod Fröschweiler byłem przy bateriach, widziałem atak poznański. Szli jak potępieńcy... Nie rozumiałem wtedy, dlaczego... Ha, to im nie hańba!
- I ta szrama na czole to z wojny order? - zagadnął Jan nie podnosząc ostatniej uwagi.
- Nie, to z pojedynku. Fraszka! Czy mogę panu służyć cygarem? Prosto z Hawany...
- Dziękuję. Ja zaś nawzajem zaproponuję panu hrabiemu kieliszek tego maślacza. Wyborny!
- Na nową znajomość, z całą przyjemnością. Nie rozumiem ja was, a wy mnie macie za wroga, za szpiega może. Ten pierwszy kieliszek waszego miodu piję za zgodę i porozumienie, a jeśli zechcecie, na dobrą znajomość
Wyciągnął dłoń do Polaka. Chrząstkowskiemu po raz pierwszy znikł przymus z twarzy. Podał bez wahania rękę.
- Lewą? - uśmiechnął się Croy-Dułmen.
- Prawą mam uschniętą, bezwładną - ale lewa jest szczera i wierna - odparł - może jej pań zaufać.
Wypili toast duszkiem.
Nie wiedział Wentzel, ze tą krótką odezwą i podaniem ręki trafił lepiej do duszy Polaka, niż tysiącem rozumnych dowodów i całym szeregiem faktów. Drobną tą sceną zyskał sobie sprzymierzeńca we wrogim obozie.
- A teraz spać - zawołał gospodarz, już zupełnie swobodnie - północ, a pań wygląda zmęczony. I ja dziś dzień cały polowałem na zające.
Położyli się w jednym pokoju. Przedtem Polak, klęcząc, odmówił pacierz i z czołem schylonym bił się w piersi pokornie.
Niemiec patrzał na to zdumiony. Nie modlił się nigdy - zostawiał tę fatygę cioci Dorze...
W jednym z najszykowniejszych klubów berlińskich zebrało się pewnego wieczora na obiad grono wesołej młodzieży.
Była to jesion. Panicze zbierali się zaledwie - jeden dóbr, drugi z wyścigów w Baden, trzeci z morskich kąpieli, inny z feryj parlamentu. Więc i rozmowa skakała z przedmiotu na przedmiot: wyścigowce, psy, ostatnia komedia, modna śpiewka, anegdota zakulisowa, scenka miłosna z podróży, trenie et quarante, głośna sprawa kryminalna. Każdy dorzucił słowo, dwuznacznik, żart; kielichy krążyły gęsto, po deserze zapalono cygara i papierosy. Michel von Schöneicha, rozparty w rogu stołu, kręcąc wąsik i uśmiechając się z dyskretną ironią, studiował kolegów przez szkła swych impertynenckich binokli. Przy uczcie grał zawsze rolę tureckiego pieprzu. Nazywano go nawet "Papryką". Tego dnia był wyjątkowo lakonicznym - co zwróciło uwagę Herberta, który koncepty młodego dyplomaty zbierał starannie i nazajutrz produkował za własne.
Schöneicha wiedział o tym i każdy swój żart zaczynał od słowa: "Herbert mówił...", zwiększając jeszcze owym wstępem wesołość towarzystwa.
Herbert siedział naprzeciw, a obok niego średnich lat mężczyzna w marynarskim mundurze.
Był to szczęśliwy małżonek hrabiny Aurory Carolath, przybyły na'krótki urlop z archipelagu Ladronów.
Małżeńska wizyta udała się niefortunnie. Żona dotąd bawiła w Biarritz: admiralski list i codzienne depesze nie robiły na niej żadnego wrażenia. Nie raczyła nawet odpisać.
Owych dwóch naprzeciw siebie oglądał Schöneicha z miną amatora inwentarza. Nosili niezawodnie w jego myśli zoologiczne określenia.
- Czy ci braknie konceptu, Michel? - zagadnął ktoś z boku.
- Słucham, czy nie posłyszę wieści o Wentzlu. Przecie go ktoś z was musiał spotkać.
- Nie było go w Baden. Konie jego wzięły tam trzy nagrody.
- Zapraszałem go na polowanie... Żadnej odpowiedzi.
- Nie spotkałem go w Ostendzie.
Podniósł się chór głosów.
- Szczególne! Poleciał chyba na księżyc, bo i w domu panna Dorota go opłakuje.
- Jesteśmy obadwaj poszkodowani, panie baronie - wtrącił markotnie admirał. - Pań szuka przyjaciela, a ja się nie mogę żony doczekać...
Uhm... te obie zguby pewnie się znalazły - pomyślał Schöneicha.
- To jednak osobliwość! - zawołał Herbert. - Przez cztery miesiące Wentzel nie zrobił głośnej awantury. Ani jednego pojedynku.
- Nikt go nie zaczepił z polskiej strony jak ja! - zaśmiał się Wilhelm Wertheim.
- Może się ożenił i święci miodowy miesiąc.
- To ostatnie nadzwyczaj prawdopodobne! - potwierdził szyderczo Schöneicha.
Wszyscy wybuchnęli homerycznym śmiechem.
- Może umarł!
- Pewnie pojechał do Konstantynopola!
- A może go pań, hrabio, spotkał na Ladronach?
Robiono coraz dziwaczniejsze przypuszczenia.
- A ja wiem, co się z nim stało! - ozwał się Herbert wydymając się jak paw.
- No, no, że też ty coś wiesz nowego! - szydził Schöneicha.
- Przegrał zakład ze mną. Wstydzi się pokazać i żałuje "Scherza".
- Jaki zakład?
- O piękną damę, kiedyś w teatrze.
- Aha, na wiosnę... Ta w opalach! Wiemy, wiemy. Znalazłeś ją? Słuchamy!
Herbert uśmiechnął się triumfująco. Wypił kieliszek wina, rozparł się jak basza i odchrząknął do narracji. Schöneicha odchrząknął także.
- Było to w Ems...
W tej chwili za drzwiami rozległo się szastanie lokajów i głos rozkazujący.
- To dobrze. Otwieraj!
Herbert zamilkł. Na progu stał Wentzel Croy-Dülmen we własnej osobie.
- Prosit - Mahlzeit! - powitał wesoło.
- Aaaa! - rozległo się na wszystkie tony.
Porwano się gromadnie z powitaniem. Dobry kwadrans krzyżowały się wykrzykniki, pytania, śmiechy, koncepty; potem usadowiono ulubieńca na honorowym miejscu i zaczął się formalny szturm ciekawości.
Schöneicha rzucił binokle, oparł łokcie na stole, oglądał przyjaciela od stóp do głowy: sam nie badał, ale słuchał, obserwował, kiedy Wentzel kłamał, czy prawdę mówił. Podrzucał co chwila nieznacznie jakiś doycip.
Admirał pierwszy przyszedł do słowa.
- Czy nie spotkał pan przypadkiem mojej żony? - zagadnął naiwnie.
- I owszem. Miałem przyjemność podróżowania jednym pociągiem - odparł spokojnie.
- Czyż tylko jednym pociągiem? - zamruczał Schöneicha.
- Jak to! Kiedyż pań wrócił?
- Przed godziną. Ledwiem się przebrał i rozmówił ze Sperlingiem, i oto jestem.
- Więc Aurora już jest?
- Jest i czeka na pana niecierpliwie.
- Uhm, niezawodnie! - burczał gdzieś w pobliżu niemiłosierny dowcipniś.
Admirał rzucił cygaro na obrus, zapomniał rękawiczek, nie wziął reszty z pieniędzy i wyleciał ubierając się na schodach.
Za nim pognał grad dowcipów.
- Pośpiech wart szczęśliwych rezultatów. Fregata zawija do portu w archipelagu Wysp Złodziejskich, po hiszpańsku Ladrony! - objaśniał serio baron.
Wentzel z miną niewiniątka spożywał obiad. Opadnięto go znowu, na wyścigi.
- Coś porabiał tyle czasu? Można było podbić Europę!
- Objechać kraj cały! Napisać strategiczne dzieło!
- Posądzają, żeś się ożenił, żeś się sturczył, żeś umarł nawet!
- Lidia lada dzień...
- Co lada dzień? - przerwał niespokojnie.
- Lada dzień wypowie ci służbę. Urlop jej się sprzykrzył! - krzyczał Herbert.
- Czemuś nie przyjechał na polowanie?
- Znalazłem dziś zaproszenie na biurku.
- Gdzież ciebie szatan nosił?
Wentzel zaspokoił głód i pragnienie - zabrał głos.
- Byłem, koledze, w srogich opałach. O mało mnie nie ożeniono.
- A to gdzie?
- Nad Renem.
- Pewno z Emilią Koop! - zawołał Schöneicha.
- Naturalnie. Czy ciebie ciotka wtajemniczyła?
- Jakżeś się obronił?
- Uciekłem i schowałem się we Francji.
- Aha, żeglowałeś po admiralskim morzu!
- Broń Boże! Studiowałem naszych sąsiadów.
- Kierujesz się na ambasadora, wedle mojej rady. Winszuję..
- Nie, mam zamiar wydać dzieło statystyczne!
- O pięknych damach! No, no, te sąsiedzkie studia musiały cię słono, kosztować.
- Ani grosza. Jeździłem od miasta do miasta, od domu do domu prywatnymi ekwipażami.
- W roli sąsiada?
- W roli stroiciela fortepianów. Czegóż się śmiejecie? Mein Wort! Miałem kamerton i klucz.
- Cha, cha, cha! A toś im urządził instrumenty! Pyszny koncept! - śmiał się Herbert.
- Zostawiam ci go do dyspozycji w razie potrzeby.
- I twój Urban stroił fortepiany?
- Urban udawał, że ma niezawodny sposób wypędzania szczurów. Ladaco, jeszcze się obłowił. A ja przywiozłem trzysta franków cioci Dorze jako trofea mych trudów. Żebyście ją widzieli w tej chwili! Radziłem za ten kapitał nabyć chińskie dziecko!
- Gdzież się zjechałeś z admirałową?
- Po drodze, wypadkiem. Mein Ehrenwort!
- Chcemy wierzyć, chcemy!- - kiwnął głową Schöneicha. - A wiesz, co się tymczasem stało z twym "Scherzem"?
- Pochwalił mi się dżokej, ledwiem wysiadł w domu. Wygrał 25000 w Baden.
- Uhm?... To i koniec. Herbert dowodzi, że koń już jego.
- Jego? A to jakim sposobem?
- Znalazł piękną nieznajomą.
- Cooo?... Herbert! Potz Blitz! Gdzie? Jak?...
- Było to w Ems... - zaczął dumnie triumfator.
- W Ems?... Ty tam jeździłeś?...
- A tak. Towarzyszyłem pani...
- Mniejsza, komu towarzyszyłeś. Więc ta dama była w Ems na kuracji? Kto ona? Włoszka?...
- Ale gdzież tam! Poddana pruska z Poznania.
- Taak? Nie może być!
- Ależ niezawodnie. Czytałem w spisie gości...
- No, no, do rzeczy! Nie kłóćcie się. Polka czy Hotentotka, dość, że kaducznie piękna! Wygrałeś zakład? Posiadłeś jej serce?
- Tak prędko?! Za wiele wymagasz!
- Dostałeś pocałunek?
- Nie, tak dalece...
- Uścisk dłoni, spojrzenie, obietnicę?
- Nie.
- Cóż pleciesz o wygranej?
- Bo jestem na drodze do wygranej. Znalazłem ją; wiem, jak się nazywa, gdzie mieszka; posłałem jej bukiet z cyklamenów...
- Który przyjęła?
- No, nie... odesłała...
- A to dopiero droga szczególna do wygranej! Jesteście obadwaj fryce. Zabieram sobie "Scherza" i "Fingala". Wentzel stroił fortepiany, a ty posyłałeś bukiety... nieprzyjęte. Istotnie, rezultat zdumiewający!
- Powoli, powoli, powoli, Michel! - zawołał Croy-Dülmen. - Jeszcze termin nie upłynął. Niech Herbert powie, co zdziałał.
- Przecie już słyszałeś. Dostał figę.
- Dostałem fotografię! - pochwalił się właścicieł "Fingala".
- Pokaże pokaż! - zawołali wszyscy.
Herbert dobył z pugilaresu ozdobną kartkę! Tak, była to ona, ta sama cudownie piękna dziewczyna o dumnych ustach i poważnych głębokich oczach.
Schöneicha z kolei wziął fotografię, obejrzał i ruszył ramionami.
- I takiej ty posyłasz bukiety! Przyznaj się, że i tę podobiznę kupiłeś u fotografa.
- Ano, prawda! Przecie nie mogłem prosić, bo...
- Boś jej głosu nie słyszał.
- Owszem, ale mówiła do swej towarzyszki.
- Więc była i eskorta?
- A jakże. Stara, okropna megera w przeraźliwej żałobie. I panienka ubierała się czarno. Chodziłem za nimi jak cień i może wreszcie znalazłbym sposobność poznajomienia się, choć z trudem, bo ci Polacy trzymają się klanem, gdyby nie to...
- Żeś usłyszał impertynencje...
- Ale gdzież tam! Na domiar nieszczęścia pod koniec sezonu przyjechał do nich jakiś facet, jak siarka chłop, i nie odstąpił na krok.
- Pewnie narzeczony.
- Nie, krewny. Nazywali się po imieniu.
- No, więc ty go wyzwałeś i zabiłeś...
- Jakże, bez powodu? Dałem za wygraną i wyjechałem, ale mam plan obmyślony, niezawodny.
- Ciekawym usłyszeć ten twój plan pierworodny! - szydził Schöneicha.
Croy-Dülmen zrazu słuchał zawstydzony.
Herbert okazał się rozumniejszym od niego.
Była to hańba, skaza na opinii.
Ale w miarę opowiadania uspokoił się zupełnie. Przeciwnik, wedle wyrażenia barona Michała, zjadł mydło. Więc hrabia uśmiechnął się lekceważąco, sięgnął po ananas i począł go krajać na wety. A Herbert roztaczał swój plan.
- Jadę do Poznania, kupuję w sąsiedztwie majątek i zaczynam się starać według wszelkich form. W ostateczności gotówem się ożenić.
- Jeżeli cię zechcą! - mruknął Schöneicha.
- Mnie?! - oburzył się magnat.
- Żebym był panną, tobym odmówił.
- Kto by tam tobie proponował!
- Możem nieładny, meszykowny?
- Śliczny! - parsknął śmiechem Wentzel. - Jakże się wabi ta piękna Polka, Herbercie?
- Jadwiga.
- One wszystkie widocznie Jadwigi.
- Albo znasz więcej tego imienia?
- Moja matka była Jadwiga - mruknął niewyraźnie, spuszczając oczy nad talerzem.
- Nazwisko dzikie, trzeba się zakrztusić. Chrząstkowska.
- Jak? Co?
Hrabia upuścił nóż na stół; twarz jego wyrażała okropne zdumienie i komiczny przestrach.
- Chrząstkowska! - powtórzył Herbert, kalecząc niemiłosiernie wyraz i krzywiąc się, jakby jadł cytrynę.
- A ten młody, co jej towarzyszył, także Chrząstkowski?
- Zdaje mi się.
- Jan?
- Skądże mogę wiedzieć? Co tobie?
- Verflucht, verdammt! - krzyknął hrabta zrywając się na równe nogi. - Bywajcie zdrowi!
- Sfiksował! - wołał Schöneicha.
Jak admirał, Wentzel nie wziął reszty; z paltotem dogonił go lokaj na schodach; kapelusza zapomniał. Jak szalony wyleciał na ulicę.
Taranty stały przed bramą. Skoczył do karety.
- Do pana Sperlinga! Galopem!
Konie pognały jak wicher, krzesząc iskry z kamieni; latarnie migały jak błędne ogniki, stangret bezustannie krzyczał: baczność! - policjanci daremnie wołali - konie niosły aż na drugi koniec miasta, gdzie mieszkał plenipotent hrabiego, młody jurysta, kolega z uniwersytetu.
Wentzel wyskoczył w biegu, zginął w bramie.
- Jest pań Sperling? - spytał szwajcara
- Nie wychodził, a może nie wrócił.
- Cózes robił, słomiana lalko? - zawołał panicz groźnie l ruszył na schody skacząc po cztery stopnie
Od urodzenia tak się nie zmęczył i od urodzenia nie odwiedzał plenipotentów - dawał audiencję u siebie w pałacu. Toteż gdy zadzwonił - Sperling, otwierający zamiast lokaja, aż się cofnął z 'podziwu
- Pan hrabia? Co się stało?
- Gdzie listy, któreś dziś ode mnie zabrał?
- Są u mnie
- Pokaz ten z dzikim podpisem, z Poznania, gdzie pytają o metrykę mej matki.
- Zaraz, proszę do gabinetu.
Weszli do izdebki zawalonej foliałami; przy biurku pisała młoda kobieta.
- Moja żona, hrabia Croy-Dülmen - przedstawił adwokat, a potem zwracając się do niej spytał'
- Gdzie są listy hrabiego, Liii?
Kobieta w milczeniu podała pakiet, skłoniła się i wyszła Sperling przerzucił zwitek. Wentzel targał wąsy. Nareszcie znaleziono kwestionowany list. Nosił adres pałacu Pod Lipami i pisany był złą niemczyzną. Hrabia go znalazł w stosie innych na biurku, odczytał, a ponieważ był w interesie prawnym, polecił odpowiedzieć Sperhngowi. Teraz porwał go gorączkowo i przeczytał raz, drugi: zawierał, co następuje:
Szanowny Panie! W imieniu pani Tekli Ostrowskie] udaję się do niego w następującym interesie Po zgonie ś.p. Wacława Ostrowskiego w maju bieżącego roku potrzebne są dla formalności prawnych spadkowych metryka i świadectwo ślubu i zgonu s p Jadwigi z Ostrowskich hrabiny Croy-Dülmen, o które to-papiery w kopi} ośmielam się upraszać Na koszta stemplowe i pocztowe załączam 25 marek ufając, ze Szanowny Pań drobnej tej prośbie nie odmówi.
Przy czym pozostaję z należnym szacunkiem.
Jan Chrząstkowski
Adres mój następujący Provinz Posen, poczta Braniszcze, majątek Mariampol.
Wentzel przetarł oczy i powtórzył półgłosem:
- Chrząstkowski, Chrząstkowski! - Potem spojrzał Sperlinga i spytał: - Aleś leszcze nie odpisał, sądzę?
- Owszem. Nie odkładam nigdy do jutra.
- Człowieku! I cóżeś odpisał?
- Co pań hrabia polecił: że nie ma ani czasu, ani ochoty na szperanie w dokumentach, a papierów po matce nie wie nawet gdzie szukać; dawno je darował szczurom.
- Donner und Blitz! Czarno na białym... Taka monstrualna obraza! Czyś zwariował?
- Nie ja, panie hrabio - rzekł z ukłonem jurysta.
- I list poszedł?
- Przed godziną.
Wentzel garściami wziął się za włosy.
- Trzeba go wycofać!
- Poczta nie wydaje.
- Zum Kuckuck poczta! Ja ją własnymi rękami podpalę, byle ten nieszczęsny list zatrzymać. Prędzej, bierz kapelusz, jedźmy.
I stała się rzecz niesłychana: Wentzel, patriota i zapaleniec pruski, klął tego wieczora zarząd niemiecki, złajał od "lumpów" urzędników pocztowych, groził pobiciem starszemu, proponował łapówki - i nareszcie około północy znalazł się w kancelarii cyrkułu oskarżony o naruszenie porządku, o gwałt, o nieposzanowanie przepisów, o obrażliwe słowa i ruchy.
Sperling dawno był uciekł. Bojąc się awantury i rozgłosu młody człowiek uznał się winnym, zapłacił sto marek kary i został przez żandarmów odprowadzony do karety.
Postawił jednak na swoim: list Sperlinga miał w kieszeni - okazał się mocniejszym nad rygor pruski.
Nazajutrz ciocia Dora wracała wcześniej z rannej mszy rozpromieniona powrotem wychowanca. Radość przy spotkaniu z nim zagłuszyła dawny żal, zawód i słuszne oburzenie. Przyjęła go zgodnie z parabolą o synu marnotrawnym.
Powóz jej wyminął przy bramie inny. Był to wolant hrabiego - a dalej dorożka, przy której krzątał się Urban ładując walizy.
Cioci Dorze zastygła krew w żyłach.
- Co ty robisz? - spytała lokaja.
Nim zdołał odpowiedzieć, hrabia się zjawił w paltocie i kapeluszu, nakładając rękawiczki.
- A, ciocia wraca od św. Jadwigi! - zagadnął wesoło. - Dzień dobry!
- Co to jest? Gdzie ty jedziesz?
- Ja jadę do św. Jadwigi!
- Do kościoła? Z rzeczami?
- Uhm, myślę odprawiać tam rekolekcje!
- Co ty gadasz! Takie nieładne żarty! Mów prawdę. Kiedy wrócisz?
- Po rekolekcjach. Do widzenia! Czy kupiła już ciocia chińskie dziecko?
- Pfe! Dorosły człowiek, a błaznuje jak łobuz! Jesteś źle wychowany!
- No, to mi ciocia pierwsza mówi w życiu! Ach! Ja nieszczęśliwy! Czyż nigdy nie znajdę laski w cioci oczach? To mnie do grobu wpędzi!
Załamał ręce ruchem teatralnego kochanka. Panna Dorota zakryła twarz aksamitnym modlitewnikiem i podreptała szybko na górę.
- Marsch! - zakomenderował hrabia stangretowi.
Wolant wytoczył się na ulicę i popędził na dworzec kolei.
Wentzel był tak zajęty, że nawet nie spojrzał w okna hrabiny Aurory. Co prawda, nie ciekawy był zobaczyć admirała. 

 

 


W przypadku znalezienia błędu na stronie - prosimy o informację. kontakt


copyright © 2002 - 2010
www.Zaprasza.eu
oraz
Fundacja  Promocji  Kultury
Wszystkie prawa zastrzeżone