Marcin Kozera

Przedstawienie

W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia trudno było poznać wielką salę Domu Polskiego. Ściany zastawione wielkimi gałęziami świerku przeistoczyły się w pachnący bór, a ludzie zalegli gromadami wszystkie kąty. I oto nie tylko nasi ludzie z dzielnicy robotniczej! Przybyli także polscy studenci, niektórzy przyjechali aż z Oksfordu. Pojawili się nieznajomi panowie i panie z zachodniej dzielnicy Londynu, poodziewani w stroje, w futra i w pióra.
Wszyscy chcieli zobaczyć, czego dokażą dzieci ze szkoły na Charles Square.
Kurtyny wcale nie było. Goście patrzyli na scenę, gdzie w przyćmionym świetle połyskiwały gwiazdy.
Zanim zdążyli się wszystkiemu przypatrzyć, rozległ się zamiast dzwonka potoczysty głos trąbki.
To Stefan grał za sceną hejnał, ten sam, który wygrywa się w Krakowie z Mariackiej wieży. W dzisiejszym czasie ten dźwięk jest jedną z wielu muzyk rozlegających się po kraju, ale przed pierwszą wojną europejską brzmiało to jakby głos niedozwolonej wolności. Dały się słyszeć westchnienia.
Tylko ojciec Marcina rzekł głośno:
- To nie Marcin. On będzie żołnierzem.
Pan Koskowski mruknął:
- Cicho. Ja sam szyłem mundur, a nic nie mówię.
Gdy Stefan skończył, wołano: „Bis, jeszcze raz!”, gdyż uważano to za część przedstawienia.
Stefan bardzo chętnie zatrąbił jeszcze raz i nawoływanie hejnału obiegło znowu salę pozłocistymi tonami. Lecz potwór Stefan pokpił sprawę i na ostatniej nucie sfałszował tak, że pani, stojąca za drzwiami, aż usiadła. Ale pomimo to wszystkim się znowu podobało.
Gdy tylko trąbka przebrzmiała, wkroczyli na scenę chłopcy z olbrzymią, purpurową gwiazdą i ustawiali się przez chwilę na scenie, cokolwiek popłoszeni.
Prędko jednak odzyskali władzę nad sobą, znieruchomieli i wielkim głosem, jak prawdziwi pasterze zaśpiewali:

A wczora z wieczora, a wczora z wieczora,
z Niebieskiego Dwora, z Niebieskiego Dwora
przyszła nam nowina...

Zanim skończyli, ktoś zawołał:
- Patrzcie tu, na anioły!
Anioły zjawiły się cichaczem. Pasterze obejrzeli się i rozstąpili, a one wystąpiły na przód sceny.
- Ten w środku to będzie archanioł! - wołano z głębi.
Owym archaniołem była Wandzia. Miała na sobie powłóczystą szatę fiołkową w pomarańczowe lilie. Jej wielkie, różnokolorowe skrzydła roztaczały się na pół sceny. Na ten widok zapytywano z sali:
- Jak też to te skrzydła we drzwiach się pomieściły?
Ma się rozumieć, nikt na to nie odpowiedział. Trzeba było uważać, toby się zobaczyło.
Mniejsze anioły stały po bokach archanioła, całe w białym, ze skrzydełkami w pawie oka. I śpiewały:

Mizerna, cicha
stajenka licha
pełna niebieskiej chwały...

Ukończywszy tę pieśń, wspaniałymi krokami skierowały się na lewą stronę sceny i poklękały. Pasterze poklękali tak samo na lewej stronie i wszyscy razem zaśpiewali poważnie:

Anioł pasterzom mówił
Chrystus nam się narodził...

Drogą, która się w ten sposób pomiędzy nimi utworzyła, wkroczyli teraz królowie monarchowie przy dzikich głosach piszczałek i bębenka. Tupali z całych sił, a na ostatek po najmocniejszym tupnięciu krzyknęli:

Bóg się rodzi, gwiazda wschodzi,
trzej królowie od wschodu
z serc darami, z ofiarami,
każdy swego narodu.

Na co anieli odparli wielkim głosem:

I my tam idziemy
i pokłon niesiemy.
Stąpajcie za nami
śnieżnymi dróżkami.

Zabrzmiały dźwięki pianina (to pani), aniołowie, pasterze i królowie krzyknęli razem:

Pójdźmy wszyscy do stajenki,
do Jezusa; do Panienki,
powitajmy Maleńkiego
i Maryję, Matkę Jego.

Ruszyli pięknym korowodem i by nie zniknąć za prędko, trzy razy okrążyli maleńką scenę.
Przez ten czas widzowie przechylali się na tę stronę i na tę, aby jedni przez drugich oglądać swoje dzieci.
- Patrzcie, patrzcie - mówili. - Wicek!
- Tam w tej czapie - kto to? To Władzio?
- Widzisz Nacię?
- A ten czarny taki?
- To król murzyński.
- Przecież to Leon. Rany Boskie! Żeby się tak odmienić!
- Tam idzie Felek. Widzę go.
- A gwiazdę to niesie mój Stefan. Od razu mówił, że najpierw będzie trąbić, a potem, że ma nieść gwiazdę.
Ojciec Marcina zapewniał swych sąsiadów:
- Mówił, że długo nie będzie wychodził. A potem wyjdzie. Trza czekać. Mówił, że to dopiero na samym końcu.
Korowód znikł z hałasem za drzwiami. Tam wszyscy runęli na łeb, na szyję do szatni, żeby się poprzebierać na drugą część.
- Uważaj - krzyczał anioł - bo mi złamałeś skrzydło!
- Przedziurawiłeś gwiazdę! Kto ją będzie zalepiał?
- Ady, ady! - anielski płaszcz się drze!...
- Prędzej, prędzej, prędzej! - nagliła pani.
Teraz na scenę wchodzi cała Polska.
Oto lekkim, tanecznym krokiem nadchodzi Góral z kobzą. (Wyobraźcie sobie, udało się wtedy pożyczyć prawdziwą kobzę od szkockiej orkiestry.)
Ledwo prześpiewał swoją pieśń, gdy tańcząc ruszyli do Pana Boga Kujawiacy.

Panie Jezu - Ty wielka Osobo,
niechże Ci się oberek spodoba...

Lecz wnet wyparły ich Mazury pośpiewując:

Podkóweczki, dajcie ognia...

Od drugiej strony wystąpił cichy i szary Pińczuk ze swoją rzewną pieśnią:

A ta gwiazda złota
pukała we wrota,
usłyszał ją Pińczuk w borze,
wylazł ze swego błota...

Gdy poczłapał, by ofiarować Panu swój więcierz ryb, na scenę przybiegli Krakowiacy i zatańczyli.
Ma się rozumieć, że wszystkim się podobało. Dostali brawo i musieli odtańczyć po raz drugi, po czym wybiegli w podskokach.
Nastała chwila ciszy, po której zagrano pioseneczkę:

Jeszcze jeden mazur dzisiaj,
nim dzionek zaświta...

Ukazała się Krysia i ukazał się Marcin.
- Nie mówiłem?! Nie mówiłem?! - zakrzyknął pan Kozera, lecz grzmot oklasków zagłuszył jego słowa.
Marcin stropił się. On, ze wszystkich najśmielszy, stał nieruchomy w huraganie oklasków i pragnął zapaść się pod ziemię. Przez szum w uszach słyszał, jak inne dzieci tańczyły za nim - tak jak były nauczone i po drodze szeptały gorączkowo:
- Tańczże! Marcin. Tańcz!
Lecz publiczność nie wiedziała, że on ma tańczyć. Myślano, że tak ma właśnie stać. Stał wyprężony na baczność i nad wyraz uroczy. Uważano, że tak jest dobrze. Wobec tego Krysia też nie tańczyła. Trzymali się tylko za ręce.
Pani widziała to wszystko przez świerki, za którymi grała do wtóru piosence śpiewanej przez dzieci. Lecz nie mogła przerywać. Wszystko musi już tak się toczyć, jak się zaczęło. Ale gdy Stefan zatrąbił pobudkę, a chłopcy zaczęli wołać: „do broni!” - serce pani mocno zakołatało, gdyż nie mogła przewidzieć, co teraz Marcin zrobi. Marcin miał teraz uklęknąć i pożegnać się z Krysią. I odetchnął z ulgą.
Marcin to zrobił. Gdy usłyszał głos trąbki, ukląkł i pocałował Krysię w rękę. Był rozogniony i z oczu płynęły mu łzy.
- Marcin, ty płaczesz? Coś ty? To przecież wszystko naumyślnie - szeptała Krysia.
- Nie, nie - odparł po cichu. - To nie naumyślnie.
Wszystkie dzieci wrzeszczały: „do broni!” - aż póki głośne akordy fortepianu nie przeistoczyły ich krzyku w pieśń. Śpiewali zgodnie:

Hej, trąb, hej, trąb, strzelecka trąbko, w dal!

Goście wtłoczyli się na scenę, śpiewając razem z dziećmi:

Hej, trąb, hej, trąb, strzelecka trąbko, w dal!

Wielu z tych ludzi - to byli wygnańcy, którzy nie mogli wrócić do Polski jak długo była w jarzmie niewoli.
Teraz wydawało im się, że przy dźwiękach tej dziecinnej piosenki wkraczają w granice swej ojczyzny jako żołnierze zdobywający wolność.
Serca drżały od przeczuć i nie myliły się wcale.
Była to przecież ostatnia zima przed wielką wojną europejską i już na drugie Boże Narodzenie niejeden z tych, co tu śpiewali z dziećmi, śpiewał tę samą piosenkę w żołnierskich okopach legionów.
Jakieś panie przyłapały Marcina Kozerę i zarzuciły go pytaniami:
- Jak się nazywa; ile ma lat; a czy się dobrze uczy; a czyby chciał... a czy nie... a czy to... a czy tamto...
Ale Marcin był w dalszym ciągu oszołomiony.
Zwykła przytomność umysłu odbiegła go daleko, a w sercu wzrastała rozpacz.
Gdyż stał, gdyż patrzył i nie rozumiał ich pytań.
Wszak już było tak, że rozumiał dobrze po polsku, dlaczego przestał rozumieć? Już kiedy dzieci śpiewały, przestał rozumieć wszystko. Więc rozumiał tylko na co dzień, tylko w szkole, kiedy mówiono do niego powoli i wyraźnie?
Chciał się przemóc, natężył słuch, lecz te panie mówiły tak pospiesznie. Odbąknął coś pół po polsku, pół po angielsku i palił się ze wstydu. Gdy jeszcze raz o coś zagabnęły - wyrwał się i podbiegł w stronę szatni. Po drodze zatrzymał się, zerwał z głowy czako ułańskie i rzucił je ze wszystkich sił na ziemię, aż potoczyło się przez scenę i skacząc po stopniach, wpadło między ubierających się widzów.
Pani stała tam na krześle, śmiejąc się. Dzieci usiłowały ją za nogi podnieść jeszcze wyżej i pomagały sobie wrzaskiem.
Marcin wleciał nieprzytomny do szatni.
- Czekajcie! Czekajcie! Bo upadnę! Marcin! Hej, chłopcze, co ci znowu jest? Puśćcie mnie, dzieci, do niego!
Marcin, purpurowy i zapłakany, zdzierał ze siebie ułańską kurtkę i szukał swego ubrania, wyrzucając w powietrze chustki, czapki, płaszczyki.
- Na miłość boską! Co ty robisz, chłopaku!
Pani chwyciła go za ręce.
Patrzył na nią, jak gdyby go zdradziła i krzyczał po angielsku:
- Ja nie rozumiem! Ja znowu nic nie rozumiem!
- Jak to, nie rozumiesz, co ja do ciebie mówię?!
- Nic nie rozumiem.
- No, przecież mi odpowiadasz, na Boga!
- Tak! Ale tam do mnie mówili, a ja nie rozumiałem. Stałem jak baran. Nie chcę takiego udawania! Oni myśleli, że ja to wy! Że ja to wszystko umiem, rozumiem! A ja jak papuga! To oszustwo! To podłość! Mam tańczyć, a ja nie umiem mówić!
Pani ściskała jego ręce coraz to mocniej i poważniała coraz bardziej, jakby patrzyła na coś bardzo trudnego, czego się jednak nie ulęknie.
Na koniec rzekła mocno:
- No? Już? Wykrzyczałeś się? Duży chłopiec! No, spojrzeć mi w oczy. Tylko bez żadnych wykrętów. Prosto w oczy! Rozumiesz mnie? Czy myślisz, że zrobiłam tobie co złego?
Marcin odwracał uporczywie głowę. Drżał cały z rozdrażnienia. Pani nie przypomniała mu, że to on sam chciał uczestniczyć w tym przedstawieniu, ale Marcin przypomniał to sobie nagle sam i ręce jego drgnęły w dłoniach nauczycielki. Myślał, że zaraz to powie, lecz usłyszał tylko, jak zapytała:
- Uspokoiłeś się? Niedobre dziecko, które mnie tak szalenie zmartwiło.
Dzieci zaczęły ich otaczać.
- Ten Marcin! Leon, patrz! Wziął i podarł taki ładny pas! - zatroskał się Stefan.
- To nic - rzekł Władek. - Ja jemu zrobię drugi.
- Dlaczego ty nie tańczyłeś?
Powoli zaczynały nieco rozumieć, o co rzecz poszła.
- Marcin, ojej, ty myślisz, że jakby kto do mnie z nagła zagadał po angielsku, tobym rozumiał? To zaraz mam się martwić? - trafił Wicek jak kulą w płot.
- A ty się tak niedawno uczysz.
- Marcin, przecież ty już bardzo dobrze umiesz po polsku.
- Pani mówi, że my nieraz gorzej mówimy od ciebie - pocieszały go dzieci.
Stał wśród tych pociech trzymany za ręce przez panią i patrzył w ziemię, aż w końcu podniósł zmartwioną czarną głowę i, tak jak chciała, popatrzył jej w oczy.
Było to poważne spojrzenie, po którym pani objęła go i ucałowała. Szepnęła mu, że wszystko będzie dobrze.
To go pocieszyło w głównym zmartwieniu, ale nie we wszystkim, o, nie we wszystkim. Pozostawało tyle przykrości. Pokpił sprawę, zachował się jak dzikus, zrobił awanturę wobec wszystkich dzieci - o, jak niemiło!
Nadszedł do szatni jego ojciec, który dotąd cierpliwie czekał w sieni.
Podał Marcinowi czako ułańskie.
- Upadło ci - rzekł nieśmiało.
Marcin nie patrząc oddał je pani.
Pożegnał się. Wyszli.
W domu ojciec chciał ciągle mówić o przedstawieniu, ale Marcin milczał. Milczał i wzdychał. Położył się teraz spać.
- Możeś ty jaki chory? - pytał ojciec i pookrywał go, czym mógł.
Po czym rozpalił ogień na kominku, usiadł w kącie i zaczął nad synem trochę czuwać. Po niejakim czasie wyjął z ust fajkę i zanucił:

A ny, ny, ny, ny spać -
nie ma kto kołysać.

Myślał, że Marcin już zasnął albo zasypia, ale on raptem ozwał się przytomnie, mówiąc po polsku:
- Co to jest?
- Co takiego, syneczku?
- To, co tatuś śpiewa.
Pan Kozera milczał i palił. Po chwili rzekł:
- Tak mi się przypomniało. To jak twoja mama była jeszcze na świecie, to przy tobie śpiewała. Jak nie chciałeś spać, to ci tymi słowami śpiewała. Ale to nie tu było. Wtedy mieszkaliśmy w Camden Town[].
Zamilkł. Po chwili Marcin rzekł:
- Niech tatuś to zaśpiewa jeszcze raz.
Pan Kozera zaśpiewał jeszcze raz:

A ny, ny, ny, ny spać -
nie ma kto kołysać. 

 

 


W przypadku znalezienia błędu na stronie - prosimy o informację. kontakt


copyright © 2002 - 2010
www.Zaprasza.eu
oraz
Fundacja  Promocji  Kultury
Wszystkie prawa zastrzeżone