Król Maciuś Pierwszy

Król Maciuś Pierwszy
( IX )

Dziennikarz poszedł do drukarni i kazał wydrukować dużo tych odezw, i rozrzucił je po całym mieście, a parę kartek umazał w błocie, potem wysuszył, zgniótł i schował do kieszeni.
Akurat dwaj królowie się naradzali, co robić, i już chcieli pomóc Maciusiowi, a tu wchodzi dziennikarz i mówi:
— Patrzcie, co wyrabia Maciuś; on buntuje dzieci, chce zostać królem całego świata. Oto znalazłem na ulicy takie trzy kartki. Przepraszam, że są trochę zapaćkane.
Królowie przeczytali i bardzo się zmartwili.
— Nie ma rady. Musimy wystąpić przeciw Maciusiowi. On się wtrąca do naszych dzieci, które wcale do niego nie należą — i żóhe dzieci też do niego nie należą. To jest bardzo brzydko.
Smutny król łzy miał w oczach.
— Co ten Maciuś narobił! Co ten Maciuś narobił! Po co on tak napisał? — Ale nie było rady.
„Może lepiej będzie nawet dla Maciusia, że i ja wypowiem mu wojnę. I tak by go zwyciężyli sami i wtedy nie mieliby już żadnej litości, a tak mogę się na coś przydać Maciusiowi".
Jak się Maciuś dowiedział, że i tamci idą na niego w pierwszej chwili nie chciał wierzyć.
— Więc i smutny król mnie zdradził. Ha, trudno, pokazałem im w tamtej wojnie, jak Maciuś zwycięża, teraz pokażę, jak Maciuś ginie.
Całe miasto wyszło z łopatami, zaczęto kopać rowy, sypać dla wojska wały. Wykopali trzy linie okopów: jedna w dwudziestu wiorstach od miasta, a potem co pięć wiorst.
— Będziemy ustępowali krok za krokiem.
Kiedy młody król się dowiedział, że tamte wojska już idą na pomoc i są blisko, zaczął sam bitwę, bo chciał być pierwszy. Myślał, że mu się uda.
I trochę mu się udało, bo zdobył pierwszą Unię okopów. Ale druga linia była mocniejsza, wały wyższe, rowy szersze i drutu kolczastego było więcej.
I wtedy właśnie nadeszła pomoc. I już trzy wojska razem uderzyły na wojsko Maciusia.
Znów cały dzień trwała bitwa. Nieprzyjaciel poniósł duże straty, a Maciuś trzymał się mocno.
— Może dać spokój? — spróbował powiedzieć smutny król, ale się na niego rzucili, tak że nie wiem.
— Nie, musimy zgnieść tego zarozumialca. I znów od samego rana wre bitwa.
— Oho, już mniej strzelają — cieszył się nieprzyjaciel. I naprawdę tego dnia wojsko Maciusia mniej strzelało, bo rozkaz głosił:
„Oszczędzać proch i kule".
— Co robić — pyta się Maciuś.
— Ja myślę — powiedział prezes ministrów — że trzeba jeszcze raz prosić, żeby przerwali wojnę. Jak można bez prochu prowadzić wojnę?
Ale na naradzie wojennej była też Klu-Klu, jako naczelniczka czarnego oddziału. Ten oddział nie brał jeszcze udziału w bitwie, bo nie był uzbrojony. Czarne dzieci umiały strzelać tylko z łuków. Więc naprzód nie mogły znaleźć drzewa odpowiedniego na łuki i strzały, a jak już znalazły, musiały wszystko robić dopiero. I teraz właśnie były gotowe.
— Słuchajcie — mówi Klu-Klu. — Ja radzę cofnąć się w nocy na trzecią linię obrony. Dziś w nocy pójdzie ktoś do obozu nieprzyjaciela i powie, że Bum-Drum przysłał czarne wojsko z dzikimi zwierzętami. Jutro rano wypuścimy z klatek lwy i tygrysy i zaczniemy strzelać. A jak ich dobrze nastraszymy, wtedy dopiero zapytamy się ich, czy chcą się pogodzić, czy nie.
— A czy to nie będzie oszustwo? — zapytał się niespokojnie Maciuś.
— Nie, to się nazywa fortel wojenny — powiedział minister sprawiedliwości.
— Więc dobrze — zgodzili się wszyscy.
A Felek przebrał się za nieprzyjacielskiego żołnierza i na brzuchu pełzając wśliznął się do nieprzyjacielskiego obozu i niby nic, temu i owemu zaczął opowiadać o lwach i Murzynach.
Ale ci tak się z niego śmieją i nie wierzą.
— Et, głupi, śniło ci się pewnie.
I jedni drugim opowiadają to głupstwo.
Ale Felek idzie, a tu go zaczepiają żołnierze:
— Ej, kamrat, a słyszałeś już nowinę?
— Jaką? — pyta się Felek.
— Podobno Bum-Drum z Murzynami i lwami przyszedł Maciusiowi na pomoc.
— E, bajki — mówi Felek.
— Wcale nie bajki. Podobno słychać ryki dzikich zwierząt.
— A niech sobie ryczą, co to mnie obchodzi — mówi Felek.
— Poczekaj, będzie cię obchodziło, jak cię lew rozszarpie.
— A cóż to ja słabszy od lwa?
— Ach, ty stawiaku. Ty i lew. Patrzcie go: nawet na prawdziwego żołnierza nie wyglądasz.
Idzie Felek dalej, a tu już opowiadają żołnierze, że Bum-Drum przysłał cały okręt strasznie jadowitych wężów. Już Felek sam nic me opowiada, tylko słucha albo nawet śmieje się, że nie wierzy. A oni krzyczą, żeby się nie śmiał, tylko modlił lepiej, bo może sprowadzić nieszczęście swoim głupim śmiechem.
Że też żołnierze od razu tak uwierzyli.
Ano, jak żołnierz już parę dni w boju, więc jest zmęczony i zdenerwowany, a jeszcze daleko od domu, a tu mówili, że bitwa będzie łatwa, że Maciuś nie ma prochu i wcale się bronić nie będzie, a on widzi, że wcale tak łatwo nie jest — to się jeszcze więcej zdenerwuje i w byle głupstwo uwierzy.
Wrócił Felek, wszystko opowiedział — i nowa otucha wstąpiła w Maciusia. Tyle razy mu się udało, może i teraz się uda.
Cichutko w nocy opuścili okopy i przeszli bliżej miasta. Przenieśli żołnierze klatki z lwami i tygrysami, przy których stanęła połowa Murzynów. A druga połowa rozeszła się po wszystkich oddziałach dziesiątkami, żeby ich nieprzyjaciel wszędzie mógł widzieć.
Więc tak będzie:
Oni zaczną strzelać do pustych okopów i zobaczą, że nikt nie odpowiada, więc pójdą do ataku. Zobaczą, że nikogo nie ma, to się ucieszą i zaczną krzyczeć na wiwat i cieszyć się, że już widzą stolicę, i będą mogli wejść do miasta rabować, jeść, pić i bawić się. A tu nagle Murzyni uderzą w bębny, zaczną strasznie krzyczeć, wypuszczą dzikie zwierzęta i strzałami popędzą je na nieprzyjaciela. Tam zacznie się popłoch, nieład, zamieszanie. A wtedy Maciuś na czele konnicy ruszy na nich, a za nim piechota.
Bitwa będzie straszna, ale tym lepiej. Już raz na zawsze da im się nauczkę.
— Nie może się nie udać. Największy strach jest wtedy, kiedy się człowiek nic nie spodziewa, jest wesół, a tu się nagle coś stanie.
Jeszcze o dwóch rzeczach zapomniałem powiedzieć, że żołnierze Maciusia zostawili w okopach dużo wódki, piwa i wina. I żeby jeszcze więcej rozjuszyć zwierzęta, koło klatek ułożono duże stosy słomy, papieru i drzewa, żeby to wszystko zapalić, kiedy się klatki otworzy.
Bo była obawa, że lwy mogą się rzucić na wojsko Maciusia.
Byli jeszcze i tacy, co radzili wypuścić kilka wężów.
— Z wężami lepiej dać spokój — powiedziała Klu-Klu — bo one mają różne kaprysy i nie można nigdy przewidzieć, w jakim będą humorze. A o lwy już bądźcie spokojni.

Ale i nieprzyjaciel miał swój plan.
— Słuchajcie — mówi młody król. — Jutro musimy być w mieście. Bo może być źle z nami. Jesteśmy daleko od domu. Wszystko musimy wozić koleją z daleka, a Maciuś jest tak jak w domu. To bardzo wygodnie bić się blisko miasta, bo się wszystko ma pod nosem. Ale miasta są niebezpieczne tym, że się boją. Wiec trzeba je jeszcze bardziej nastraszyć. Jutro rano aeroplany zaczną rzucać bomby i miasto zmusi Maciusia, żeby się poddał. Wojsko trzeba tak rozstawić, żeby nie mogło się cofnąć. Więc z tyłu za wojskiem pozostawimy kulomioty, a jak zechcą uciekać, to zaczniemy do nich strzelać.
— Jak to, do swoich będziemy strzelać?
— Jutro musimy być w mieście, inaczej będzie źle — powtórzył
młody król. — A kto z żołnierzy zacznie uciekać, ten nie swój, a wróg.
Ogłoszono w oddziałach, że jutro ogólny atak i ostateczna bitwa.
Nas jest trzech, a Maciuś jeden — mówi rozkaz. — Maciuś nie ma ani armat, ani prochu. W stolicy jego rewolucja. Żołnierze jego nie chcą się już bić. Są głodni i obdarci. Jutro Maciuś będzie w niewoli, a my zajmiemy stolicę.
Aeroplany otrzymały rozkaz wzlotu ze wschodem słońca. Wydano benzynę i bomby.
A kulomioty ustawiono za wojskiem.
— Dlaczego? — pytali żołnierze.
— Bo kulomioty potrzebne do obrony, a nie do ataku — mówili oficerowie.
Ale to się żołnierzom nie podobało.
Nie spał tej nocy nikt ani w obozie Maciusia, ani jego wrogów.
Jedni czyścili karabiny, inni pisali listy do domu i żegnali się z najbliższymi.
Cisza była zupełna, tylko ogniska się paliły.
A w tej ciszy mocno biły serca żołnierzy.
Świt.
Jeszcze szaro było, kiedy armaty strzelać zaczęły do pustych rowów Maciusia. Strzelają, strzelają, a w obozie Maciusia śmiech.
— Psujcie proch, psujcie — mówili śmiejąc się żołnierze.
Stoi Maciuś na wzgórzu i patrzy przez polową lornetę, co się dzieje.
— O, już idą.
Jedni biegną, drudzy ostrożnie czołgają się — coraz nowi i nowi wychodzą z rowów — z początku bojaźliwie, potem trochę odważniej. Jednych zachęca cisza w okopach Maciusia, a drugich niepokoi.
Zerwało się nagle w górę dwadzieścia aeroplanów i prosto na miasto, na stolicę. Niestety, Maciuś nie miał więcej jak pięć, bo że dzieci najciekawsze były aeroplanów, więc podczas swej gospodarki najwięcej ich napsuły.
Zaczęła się zajadła bitwa powietrzna, w której stracono sześć nieprzyjacielskich, ale spadły lub zmuszone były do lądowania aeroplany Maciusia.
Początek bitwy odbył się tak, jak przewidywali na radzie wojskowej.
Nieprzyjaciel zajął przednie okopy — i rozległ się okrzyk tryumfu:
— Aha, uciekli! Zlękli się. Nie mają armat. O, jak prędko uciekli: nawet wódeczki nie zdążyli zabrać. Ten i ów odkorkował flaszkę.
— Dobra. Skosztujcie.
Piją, śmieją się, hałasują, gotowi tu przenocować.
— Po co się śpieszyć, kiedy i tak dobrze. Ale młody król powtarzał uparcie:
— Dziś musimy być w mieście. Przysunęli armaty i kulomioty.
— Do ataku!
Żołnierze niechętnie idą, a w głowach szumi. Ale trudno, rozkaz trzeba spełnić. A co nieprzyjemne, to lepiej prędko zrobić. Więc już zupełnie otwarcie idą, a potem biegną na ostatnie przed miastem okopy Maciusia.
A tu nagle grzmotnęły armaty, zaklekotały karabiny maszynowe, posypały się kule — co dziwniejsza — strzały.
A tu nagle — jakiś dziki krzyk w obozie Maciusia. A tu jakieś bębny, piszczałki, kotły.
A tu nagle — czarni wojownicy już na okopach. Mali jacyś ci Murzyni, ale może tak się zdaje z daleka. Niewiele ich, ale są — a w oczach się dwoi, a w uszach szumi.
A tu nagle — lwy i tygrysy, ogłuszone strzałami, a jeszcze sparzone gorącym żelazem — w strasznych skokach prosto na atakującego nieprzyjaciela. To dziwne, stu zabitych nie wywołałoby takiego wrażenia jak jeden przez lwa rozszarpany. Tamto widzieli już, a to pierwszy raz widzą. Jakby kły dzikiego zwierzęcia gorsze były od kuli stalowej.
Co się teraz działo, trudno opisać. Jedni żołnierze biegną jak szaleńcy, wprost na druty kolczaste, rzucają karabiny na ziemię. Inni uciekają, a strzelają do nich własne kulomioty. Wiec myślą, że są wzięci w dwa ognie, padają na ziemię albo ręce wznoszą do góry.
Nieprzyjacielska konnica, która miała wspierać atak, teraz wpada całym impetem na karabiny maszynowe, tratuje i rani.
Dym, kurz, zamieszanie, nikt już nic nie widzi i nic nie wie. Tak trwa godzinę i dwie.
Kiedy potem historycy opisywali tę bitwę, to każdy pisał co innego, tylko się wszyscy zgadzali, że podobnej bitwy jeszcze nie było.
— Ach — płakał prawie minister wojny — gdyby choć na dwie godziny jeszcze starczyło kuł i prochu. Ale cóż robić? Nie ma!
— Konnica, naprzód! — krzyczy Maciuś, a sam siada na pięknego białego konia.
Tak, to było jedyne: skorzystać z popłochu i gonić, gonić nieprzyjaciela, zagarnąć wszystkie jego zapasy, odsunąć tak od miasta, żeby się nie mógł ani dowiedzieć ani domyślić, że to nie pomoc Bum-Druma, a garstka dzieci murzyńskich i parę dziesiątków dzikich zwierząt z ogrodu zoologicznego dały Maciusiowi zwycięstwo.
I nagle kiedy Maciuś spiesznie dosiadał konia, spojrzał na miasto i — oniemiał.
Nie, to być nie może. To jakaś straszna omyłka. Nie, to mu się tylko zdaje.
Niestety, tak było.
Na wszystkich wieżach miasta powiewają białe chorągwie: Stolica się poddaje!
Już pędzą w stronę miasta gońcy z rozkazem:
— Zerwać te białe płachty! Rozstrzelać tchórzów i zdrajców! Niestety, za późno.
Dostrzegł nieprzyjaciel te szmaty hańby i niewoli, zrazu się zdumiał, ale wnet ochłonął.
Bitwa ma to do siebie, że wystarczy wypić jeden kieliszek, żeby być pijanym, ale wystarczy jeden poświst kuli, aby pijany natychmiast wytrzeźwiał.
Strach, nadzieja, rozpacz, chęć zemsty — szybko po sobie następują.
Żołnierz przeciera oczy. Co to? Sen czy prawda? Armaty Maciusia jakoś zamilkły, lwy i tygrysy leżą poszarpane przez kule. A tu — białe chorągwie mówią, że miasto się poddaje. Co to wszystko znaczy?
I tu młody król zrozumiał.
Krzyknął:
— Naprzód!
Za nim powtórzyli to samo oficerowie, za nimi żołnierze. Maciuś widział wszystko, ale był bezsilny.
Wracają — formują się w szeregi — podnoszą porzucone karabiny. Białe flagi znikają, ale za późno.
Idą — już tną nożycami druty kolczaste.
— Wasza królewska mość — drżącym głosem przemawia jakiś stary jenerał.
Maciuś wie, co chce powiedzieć. Zeskoczył z konia i blady jak płótno powoli i głośno rzekł:
— Kto chce zginąć, niech idzie za mną. Niewielu znalazło się chętnych. Felek, Antek, Klu-Klu, kilka dziesiątków żołnierzy.
— Dokąd pójdziemy? — pytają.
— Pusty, a mocny jest budynek, gdzie stały klatki lwów. Tam bronić się będziemy jak lwy, po królewsku.
— Nie zmieścimy się wszyscy.
— Tym lepiej — szepnął Maciuś.
Było pięć samochodów w pobliżu. Wsiedli, zabrawszy, co się dało, z broni i nabojów.
Kiedy ujechali trochę, odwrócił się Maciuś i spojrzał.
Nad obozem powiewała biała chorągiew.
I przyszło Maciusiowi na myśl, jak dziwnie zadrwił z niego los: dał rozkaz, aby miasto zrzuciło z siebie to piętno hańby i niewoli, a teraz oto już nie miasto starców, kobiet i dzieci, wystraszonych paru dziesiątkami bomb, ale armia, wojsko bezradne i bezsilne wobec wroga — zdaje mu się na łaskę i niełaskę.
— Dobrze, że nie ma mnie między nimi — powiedział Maciuś. — Nie płacz Klu-Klu, piękną śmierć będziemy mieli i nie będą już mówili, że królowie prowadzą wojny, ale giną w nich tylko żołnierze.
Pięknie umrzeć — oto było jedyne pragnienie. I nagle — zjawiła się ciekawość.
„Jaki też pogrzeb urządzą mi moi wrogowie?"

Ale i to życzenie Maciusia nie miało się spełnić. Zamiast minuty cierpień, gotował mu los srogi całe godziny upokorzeń i bólu, a potem lata bolesnej pokuty.
Wojsko się poddało, z całego państwa Maciusia jedno zostało tylko wolne miejsce: kwadrat, gdzie stała klatka ze lwami.
Próbowano zająć budynek siłą, ale nadaremnie. Próbowano wysłać parlamentariusza. Ale wystarczyło, że szedł do Maciusia, jak to jest we zwyczaju, pod osłoną białej flagi, żeby właśnie dlatego otrzymać dwie śmiertelne rany: kula zdruzgotała mu czaszkę, a strzała Klu-Klu przeszyła serce.
— Zabił parlamentariusza.
— Podeptał prawo międzynarodowe.
— Popełnił zbrodnię.
— To rzecz niesłychana.
— Stolica musi być ukarana surowo za zbrodnię swego króla.
Ale stolica przedtem już powiedziała:
— Maciuś nie jest naszym królem.
Kiedy aeroplany nieprzyjacielskie zaatakowały miasto, zebrali się obywatele miasta bogaci i znakomici na naradę.
— Dość mamy rządów niesfornego dzieciaka, dość tyranii tego szalonego chłopca. Jeżeli i tym razem zwycięży, będzie gorzej jeszcze, niż gdy zostanie pobity. Czy można przewidzieć, co mu do głowy strzeli? Jemu i jego Felkowi?
Byli tacy, którzy bronili Maciusia.
— Bądź co bądź zrobił i wiele dobrego. Błędy jego płynęły z braku doświadczenia. Ale że głowę ma otwartą, więc skorzysta z nauk, które mu życie daje.
I kto wie, może by stronnicy Maciusia zwyciężyli, ale w tej chwili właśnie jedna bomba tak blisko upadła, że wyleciały naraz wszystkie szyby z sali posiedzeń.
— Wywiesić białe chorągwie! — krzyknął ktoś przestraszony. Nikt nie miał odwagi nie zgodzić się na podłą zdradę. A co było potem, wiadomo.
A to był chemik, który wymyślił taki gaz usypiający. Puści się ten gaz na ogród — i Maciuś, zapewne osłabiony z głodu, zaśnie i będzie można go związać i okuć w kajdany.
— Można spróbować na zwierzętach działanie mojego gazu — powiedział chemik.
Zaraz przynieśli jeden syfon, ustawili o pół wiorsty od królewskiej stajni i puścili strumień jakby wody, która szybko parowała — i cała stajnia osłoniła się jakby dymem. To trwało pięć minut.
Wchodzą do stajni, a wszystkie konie śpią. I nawet chłopak stajenny, który leżał na sianie i drzemał, nie wiedząc nic o próbie, też spał tak głęboko, że choć nim potrząsano i strzelano nad uchem, nie drgnął nawet powieką.
Po godzinie chłopiec i konie się obudzili.
Próba się znakomicie udała. Toteż postanowiono dziś jeszcze zakończyć oblężenie Maciusia.
A był czas najwyższy. Bo Maciuś przez całe trzy dni nic nie jadł żywiąc tylko garstkę swych wiernych towarzyszy.
— Musimy być gotowi bronić się cały miesiąc — mówił.
Bo Maciuś nie tracił nadziei, że stolica pożałuje tego, co zrobiła, że wytnie do nogi nieprzyjacielskie wojsko.
I kiedy Maciuś zauważył, że w ogrodzie kręcą się jacyś cywile, już myślał, że to delegacja ze stolicy, i nie kazał strzelać.
Ale co to?
Deszcz, nie deszcz —jakiś zimny płyn uderzył tak mocno w okna, że parę szyb aż popękało. Potem mgła czy dym. W oczach i w nosie jakiś słodki smak i duszny zapach. Maciuś sam nie wie, czy to przyjemne, czy przykre. Chwyta karabin, bo się domyśla podstępu. Ale ręce mu zaczynają ciążyć. Wytęża wzrok, by przez tę chmurę dojrzeć, co tam się dzieje.
— Baczność! — krzyczy z wysiłkiem.
Chwyta powietrze coraz szybciej. Oczy mu się przymykają. Karabin wypada z ręki. Maciuś nachyla się, by go podnieść, ale już wstać nie może.
Robi mu się wszystko jedno.
Zapomina, gdzie jest.
Zasnął.

Bolesne było przebudzenie.
Znał Maciuś niewolę. Ale wtedy nie wiedzieli, że jest królem.
Teraz było inaczej.
Miał Maciuś na rękach i na nogach kajdany. W oknach celi były grube kraty. Okna były pod samym sufitem. Ciężkie, żelazne drzwi miały malutkie okrągłe okienko, przez które ciągle patrzył postawiony na warcie żołnierz.
Maciuś przypomniał sobie wszystko. Leżał z otwartymi oczami.
„Co robić?"
Maciuś nie należał do ludzi, którzy w nieszczęściu myślą tylko o tym, co się stało. Nie, on zawsze myślał, co trzeba zrobić, żeby było inaczej.
Ale cóż? Żeby wiedzieć, co robić, trzeba przecież dowiedzieć się, co się stało? A on nic nie wie.
Leżał Maciuś na ziemi na sienniku, koło ściany. Lekko zastukał w ścianę. Może ktoś się odezwie? Stuknął raz i drugi, ale nikt się nie odzywa.
Gdzie jest Klu-Klu, co się stało z Felkiem? Co się dzieje w mieście?
Zgrzytnął klucz więzienny w żelaznych drzwiach i weszło dwóch nieprzyjacielskich żołnierzy. Jeden stanął przy drzwiach, a drugi postawił koło Maciusia kubek mleka i bułkę. W pierwszej chwili chciał Maciuś przewrócić kubek i wylać mleko. Ale pomyślał, że to nie ma sensu. Trudno: przegrał wojnę, jest jeńcem, chce mu się jeść, a siły mu potrzebne.
Usiadł na sienniku i z trudem dźwigając żelazny łańcuch sięgnął po kubek.
A żołnierz stoi i patrzy.
Zjadł Maciuś bułkę i mówi:
— Bardzo skąpi są wasi królowie. Jedna bułka — to trochę za mało. Kiedy byli u mnie z wizytą, lepiej ich karmiłem. A kiedy stary król był u mnie w niewoli, też go częstowałem. Aż trzech królów mnie karmi — i tylko jeden mały kubek mleka i jedna bułka.
I roześmiał się Maciuś swobodnie.
Żołnierze nic nie odpowiedzieli, bo surowo im były zakazane jakiekolwiek rozmowy. Ale zaraz powiedzieli wszystko dozorcy wiezienia, a ten zatelefonował, co robić.
Po godzinie przyniesiono Maciusiowi trzy bułki i trzy kubki mleka.
— O, to za wiele. Nie chcę krzywdzić moich dobroczyńców. Jest ich trzech, od każdego biorę bułkę, a jedną proszę zabrać sobie.
Podjadł Maciuś i zasnął. I spał bardzo długo. I spałby dłużej jeszcze, ale go koło północy obudzono.
— Były król Maciuś-Reformator o godzinie dwunastej w nocy będzie sądzony przez sąd wojenny — przeczytał papier z pieczęciami trzech królów nieprzyjacielski wojenny oskarżyciel. — Proszę wstać.
— Proszę powiedzieć sądowi, żeby mi kazał zdjąć kajdany, bo są ciężkie i kaleczą mi nogi.
Kajdany nie kaleczyły Maciusia, bo były nawet za luźne. Ale Maciuś chciał stanąć przed sądem zgrabny i zwinny, a nie, żeby mu się plątały śmieszne łańcuchy dorosłych więźniów.
I postawił Maciuś na swoim: zamieniono mu żelazne ciężkie kajdany na zgrabne złote łańcuszki.
Wszedł na salę z dumnie podniesioną głową, wszedł lekkim krokiem do tej samej więziennej sali, gdzie tak niedawno zawierał umowę ze swymi uwięzionymi ministrami.
Rozejrzał się ciekawie.
Przy stole siedzieli najstarsi generałowie wszystkich trzech królów. Królowie siedzieli po lewej stronie sali. Po prawej stronie siedzieli jacyś cywilni panowie we frakach i białych rękawiczkach. Co to za jedni? Jakoś dziwnie odwracają głowy, że ich widzieć nie może.
Akt oskarżenia był taki:

1. Król Maciuś wydał odezwę do dzieci, żeby się zbuntowały i nie słuchały dorosłych.
2. Król Maciuś chciał wywołać wszechświatową rewolucję, żeby zostać królem całego świata.
3. Maciuś zastrzelił parlamentariusza, który szedł do niego z białą chorągwią. Ponieważ Maciuś nie był już wtedy nawet królem, więc odpowiada przed sądem jako zwyczajny zbrodniarz. I powinien być bądź powieszony, bądź rozstrzelany.

— Co Maciuś na to powie?
— Że wydałem odezwę, to jest kłamstwo. Że nie byłem królem, kiedy zastrzeliłem parlamentariusza — to jest drugie kłamstwo. A czy chciałem zostać królem całego świata, czy nie, tego nie może nikt wiedzieć, tylko ja sam.
— Więc dobrze, proszę przeczytać, moi panowie, wasze postanowienie — zwrócił się przewodniczący do panów we frakach i białych rękawiczkach.
Ci, radzi nieradzi, wstają, a jeden z nich czyta, ale mu się ręka trzęsie i taki biały jak papier:

My, zebrani w mieście podczas bitwy, z uwagi na to, że bomby rujnują miasto i nawet w sali, gdzie się naradzamy, wszystkie szyby bomba wybiła — my, mieszkańcy miasta, chcemy ratować żony i dzieci — i nie chcemy, żeby Maciuś nadal był królem. Stolica odbiera Maciusiowi tron i koronę. Nam jest bardzo nieprzyjemnie, ale dłużej już nie możemy wytrzymać. Więc wywieszamy białe chorągwie na znak, że nie chcemy prowadzić wojny, więc teraz wojnę prowadzi nie nasz król, ale zwyczajny Maciuś, który powinien sam tylko za wszystko odpowiadać. A my jesteśmy niewinni.

— Proszę podpisać. — Przewodniczący podał Maciusiowi pióro. Maciuś pióro wziął, pomyślał chwilę i na dole na papierze napisał:

Z postanowieniem bandy zdrajców i tchórzów, którzy zaprzedali kraj — nie zgadzam się. Jestem i pozostanę królem Maciusiem Pierwszym.

Po czym donośnym głosem odczytał to, co było napisane.
— Panowie sędziowie-generałowie — zwrócił się Maciuś do swoich wrogów —jeżeli chcecie mnie sądzić, żądam, byście mnie nazywali królem Maciusiem, bo jestem nim i będę za życia i po śmierci. Jeżeli to ma być nie sąd, ale zbrodnia dokonana na zwyciężonym królu, to hańba wam jako ludziom i jako żołnierzom. Możecie mówić, co wam się podoba, ja odpowiadać nie będę.
Generałowie wyszli na naradę, co robić. Maciuś pogwizdywał sobie pod nosem jakąś piosenkę żołnierską.
Wrócili.
— Czy Maciuś przyznaje się, że wydał odezwę do dzieci całego świata? — pyta się generał-przewodniczący. Żadnej odpowiedzi.
— Czy wasza królewska mość przyznaje się, że wydał odezwę do dzieci całego świata? — pyta się generał.
— Nie przyznaję się: odezwy takiej nie wydałem.
— Wezwać świadka — rozkazał sędzia. Na salę wszedł szpieg-dziennikarz. Maciuś ani drgnął.
— Oto jest świadek — mówi sędzia.
— Tak — mówi dziennikarz — ja mogę zaświadczyć, że Maciuś chciał zostać królem dzieci całego świata.
— Czy to prawda? — pyta się sędzia.
— Prawda — odpowiedział Maciuś. — Ja chciałem tego. Ja byłbym to zrobił na pewno. Ale podpis na odezwie jest sfałszowany. Ten szpieg sfałszował mój podpis. Ale prawdą jest, że chcę być królem dzieci.
Sędziowie zaczęli oglądać podpis Maciusia, kiwali głowami, że nie mogą poznać, udawali, że nie wiedzą.
Ale teraz było już wszystko jedno. Bo Maciuś sam przecież się przyznał.
Długo mówił oskarżyciel.
— Trzeba koniecznie zabić Maciusia, bo inaczej ani porządku, ani spokoju nie będzie.
— Czy Maciuś chce, żeby teraz ktoś mówił w jego obronie? Żadnej odpowiedzi.
— Czy wasza królewska mość życzy sobie, aby ktoś zabrał głos w jego obronie? — powtórzył przewodniczący.
— To niepotrzebne zupełnie — odpowiedział Maciuś. — Godzina jest późna, szkoda czasu: lepiej się spać położyć.
Maciuś powiedział to wesołym głosem. Nic nie dał po sobie poznać, co się w jego duszy dzieje. Postanowił być dumny do końca.
Sędziowie wyszli, niby się tam w drugim pokoju naradzali — wrócili z wyrokiem.
— Rozstrzelać.
— Proszę podpisać — rzekł przewodniczący. Żadnej odpowiedzi.
— Proszę waszą królewską mość o podpis, że sąd odbył się podług prawa.
Maciuś podpisał.
Wtedy jeden z tych panów we frakach i rękawiczkach rzucił się nagle na ziemię, objął nogi Maciusia i płacząc wołał:
— Królu ukochany, przebacz mi moją podłą zdradę! Teraz dopiero widzę, cośmy zrobili. I wiem, że gdyby nie nasze nikczemne tchórzostwo, nie oni, ale ty sądziłbyś, jako zwycięzca.
Z trudem oderwali go żołnierze od króla. Cóż z tego: żal był spóźniony.
— Dobrej nocy wam życzę, panowie sędziowie — powiedział Maciuś i po królewsku poważnie i spokojnie wyszedł z sali.
Dwudziestu żołnierzy z gołymi szablami prowadziło go przez korytarz i podwórze do celi.
Położył się zaraz na swym sienniku na ziemi i udawał, że śpi.
Przyszedł ksiądz, ale żal mu było budzić śpiącego. Pomodlił się, zmówił zwykły pacierz za skazanych na śmierć i wyszedł.
Maciuś udawał, że śpi, a o czym myślał, i co czuł tej nocy, jego było tajemnicą.

*

Prowadzą Maciusia.
Idzie środkiem ulicy w swych złotych kajdanach. Ulice obstawione wojskiem. A za kordonem wojska — mieszkańcy stolicy.
Dzień był piękny. Słońce świeciło. Wszyscy wyszli na ulicę, aby po raz ostatni spojrzeć na swego króla. Wielu miało łzy w oczach. Ale Maciuś tych łez nie widział. Byłoby mu lżej iść na miejsce kaźni.
Ci, którzy kochali Maciusia, milczeli, bo się bali wyrazić mu głośno wobec wroga swoją miłość i szacunek. Zresztą, co mieli wołać? Przyzwyczaili się krzyczeć: „Wiwat — niech żyje!" Ale jakże teraz mieli wołać kiedy król idzie na śmierć skazany?
Za to krzyczeli — i to głośno — różni pijacy i włóczęgi, którym młody król umyślnie kazał wydać wódkę i wino z królewskiej piwnicy Maciusia:
— Ooo, król idzie, królik! O, jaki malutki! Płaczesz, króliku Maciusiu? Chodź, nosek ci utrzemy.
Maciuś wysoko podniósł głowę, żeby wszyscy widzieli, że oczy ma suche, tylko brwi zmarszczył. A patrzy na niebo, na słońce.
Nie słyszy nawet, nie widzi, co wkoło się dzieje. Inne pytania głowę jego zaprzątają.
Co stało się z Klu-Klu? Gdzie Felek? Dlaczego smutny król go zdradził? Co stanie się z jego państwem? Czy zobaczy się z ojcem i matką, gdy kula pozbawi go życia?
Tak przeszedł całe miasto, tak stanął pod słupem na placu przed wykopanym dołem. I tak blady i spokojny stał, gdy pluton żołnierzy nabijał karabiny i mierzył w mego.
I tak samo spokojnie w ostatniej chwili wysłuchał aktu ułaskawienia:
— Zamiast rozstrzelania — zesłanie na bezludną wyspę.
Zajechał samochód i zabrał Maciusia z powrotem do więzienia: za tydzień go wywiozą na bezludną wyspę. 

 

 


W przypadku znalezienia błędu na stronie - prosimy o informację. kontakt


copyright © 2002 - 2010
www.Zaprasza.eu
oraz
Fundacja  Promocji  Kultury
Wszystkie prawa zastrzeżone