Król Maciuś Pierwszy

Król Maciuś Pierwszy
( IV )

I znów miał się Maciuś ważnej nowej rzeczy dowiedzieć. Przecież nie mogły tak wojska siedzieć tylko w okopach. Bo co by to było? Jak by się wojna skończyła?
Cicho było w okopach na froncie, ale za to szła ogromna praca w stolicy. Trzeba było przygotować wszystko, żeby zebrawszy wojsko w jedno miejsce, z całej siły uderzyć na nieprzyjaciela i przełamać front. Bo jak tylko w jednym miejscu przerwać linię okopów, nieprzyjaciel musi wszędzie uciekać, bo przez tę przerwę wchodzą wojska i zaczynają strzelać od tyłu.
Przez zimę porucznik został już kapitanem, a Maciuś dostał medal. O, jakże się cieszył. Oddział ich dwa razy wymieniony był, że się dzielnie sprawuje.
Sam jenerał przyjechał do okopów i czytał rozkaz:
W imieniu króla Maciusia dziękuję oddziałowi za wysadzenie prochowni w powietrze i za dzielną służbę w obronie ojczyzny i rodaków. I daję wam tajne polecenie, żeby przerwać front nieprzyjacielski, jak tylko będzie ciepło.
To był wielki zaszczyt.
Zaraz zaczęto potajemne przygotowania. Przywieziono dużo armat i kuł. A z tyłu zebrała się konnica i czeka.
Co dzień patrzą żołnierze na słońce, kiedy już będzie ciepło. Bo im się już strasznie nudziło.
Tak biedacy czekali, tak się szykowali. A nie wiedzieli, ile przecierpieć będą musieli. Kapitan ich tak wymyślił podstęp wojenny: żeby nie napadać wszystkimi siłami, tylko pierwszego dnia część wojska posłać do ataku, żeby szli tylko na niby i żeby się zaraz wrócili. Wtedy nieprzyjaciel będzie myślał, że oni słabi, a na drugi dzień dopiero rzuci wszystkie siły i przerwie linię okopów.
Tak też i zrobił.
Posłał połowę wojska do ataku. Przed atakiem długo kazał strzelać artylerii w nieprzyjacielskie druty kolczaste, żeby je porozrywać, poszarpać i zrobić wolną drogę dla piechoty.
— Naprzód!
Och, jak przyjemnie wybiec z tych nieznośnych okopów, z tych mokrych rowów, biec z całej siły i krzyczeć: „Wiwat — naprzód — dalej!" Przestraszył się nieprzyjaciel, kiedy zobaczył, że walą na niego na bagnety, nawet strzelał mało i bezładnie. Już doszli do drutów kolczastych, które były porozrzucane. A tu kapitan daje hasło do odwrotu.
Ale Maciuś i jeszcze kilku innych żołnierzy, czy nie słyszeli rozkazu, czy że poszli trochę dalej — otoczeni przez nieprzyjacielską wartę, dostali się do niewoli.
— Aha, zlękli się wasi — drwili żołnierze. — Lecieli, lecieli, hałasu narobili, a jak do nas dobiegli, to uciekli. I wcale was nie tak dużo.
Tak mówili nieprzyjacielscy żołnierze, bo wstyd im było, że stchórzyli i zapomnieli aż strzelać.
Po raz drugi szedł Maciuś do sztabu, tylko za pierwszym razem przebrany był i szedł jako wojenny wywiadowca, a teraz w żołnierskim płaszczu szedł jako jeniec.
— A, znamy cię, ptaszku! — krzyknął rozzłoszczony nieprzyjacielski oficer. — To ty byłeś w zimie, to przez ciebie prochownię naszą wysadzili w powietrze. Ho, ho! Już teraz nam nie umkniesz jak wtedy. Weźcie starszych żołnierzy do obozu jeńców, a mały za szpiegostwo będzie powieszony.
— Jestem żołnierzem! — krzyknął Maciuś. — Macie mnie prawo rozstrzelać, ale nie wieszać.
— Takiś ty mądry! — krzyknął oficer. — Patrzcie, czego mu się zachciewa! Teraz może jesteś żołnierzem, ale wtedy byłeś Tomkiem i zdradziłeś nas. I my ciebie powiesimy.
— Nie wolno — znów upierał się Maciuś. — Ja wtedy także byłem żołnierzem, a przyszedłem tu w przebraniu i umyślnie usiadłem przed spaloną 'Chałupą.
— No, dosyć gadania. Odprowadzić go osobno pod silną strażą do więzienia. A jutro sąd wojenny rozpatrzy tę sprawę. Jeżeli byłeś naprawdę i wtedy żołnierzem, to może ci się uda, choć wolałbym stryczek dla ciebie niż kulę.
Na drugi dzień odbył się sąd polowy.
— Oskarżam tego chłopca — mówi oficer na sądzie — że w zimie wyszpiegował, gdzie jest nasza prochownia, i doniósł nieprzyjacielskiej artylerii. Dwanaście razy strzelali i nie trafili, a za trzynastym razem trafili i wysadzili prochownię w powietrze.
— Czy tak było, czy przyznajesz się do winy? — zapytał się siwy sędzia-generał.
— Było inaczej. Nie ja wyszpiegowałem, gdzie jest prochownia, a ten właśnie oficer mnie zaprowadził, pokazał mi wszystko i kazał iść zobaczyć, gdzie jest u nas prochownia, i dać mu znać. I za to dał mi czekoladę. Może nie tak było?
Zaczerwienił się bardzo oficer, bo źle wtedy zrobił, bo nie wolno mówić nikomu, gdzie są składy pocisków.
— Byłem żołnierzem i posłano mnie na wywiad, a wasz oficer chciał ze mnie zrobić szpiega — ciągnął śmiało Maciuś.
— A skąd ja mogłem wiedzieć? — zaczął się tłumaczyć oficer. Ale jenerał nie dał mu dokończyć:
— Wstyd, panie oficerze, że taki mały pana oszukał. Zrobiłeś pan ile i będziesz za to ukarany. Ale i temu chłopcu przebaczyć nie można. Co pan powie, panie adwokacie?
Adwokat zaczął bronić Maciusia:
— Panowie sędziowie, oskarżony, który to się podaje za Wyrwidęba, to za Tomcia Palucha — nie jest winien. Był żołnierzem i musiał słuchać. Poszedł na wywiad, bo go posłano. I myślę, że powinien być posłany tak samo do obozu jeńców jak inni.
Generał trochę się ucieszył, bo mu żal było chłopaka. Ale nic nie mówił, bo wojskowy nie ma prawa pokazać, że kogoś żałuje, a tym bardziej nieprzyjacielskiego żołnierza.
Więc tylko schylił głowę nad książką, gdzie były napisane wszystkie prawa wojenne — i szukał, co tam napisane o szpiegach wojennych.
— Ooo, jest — powiedział nareszcie. — Szpiegów cywilnych, którzy za pieniądze zdradzają — należy wieszać od razu, szpiegów wojskowych można od razu rozstrzelać albo jeżeli adwokat się nie zgadza, trzeba odesłać wszystkie papiery do wyższego sądu i z rozstrzelaniem trochę poczekać.
— Więc ja żądam — powiedział adwokat — żeby posłać tę sprawę do wyższego sądu.
— Dobrze — zgodził się generał i wszyscy sędziowie.
I Maciusia odprowadzono znów do jego więzienia.
Wiezienie Maciusia to była sobie zwyczajna chałupa wiejska. Bo w polu na froncie nie ma przecież wielkich, kamiennych domów z kratami w oknach. Takie „wygody" mają miasta, a nie wojsko na froncie. Więc też Maciusia odprowadzono do tej chałupy, tylko że przed oknami i przed drzwiami stało po dwóch żołnierzy z nabitymi karabinami i rewolwerami.
Siedzi więc Maciuś i myśli nad swoją dolą. Ale jakoś wcale me traci nadziei.
„Mieli mnie powiesić, a nie powiesili. Może się i od kuli wykręcę. Tyle już kuł kręciło się koło mnie".
Zjadł z apetytem kolację, nawet bardzo smaczną, bo skazanych na karę śmierci dobrze żywią — już takie jest prawo. A Maciuś tak był traktowany jak skazany na śmierć.
Usiadł Maciuś przy oknie i patrzy w niebo, jak aeroplany fruwają: „Nasze to czy nieprzyjacielskie?" — myśli sobie.
A tu jak nie grzmotną od razu trzy bomby, a wszystkie blisko Maciusinego więzienia.
Co było potem, Maciuś nie pamięta. Bo znów spadł cały grad bomb. Jedna uderzyła w chałupę — coś się zakotłowało. Jakieś jęki, krzyki, furczenie. Ktoś go pochwycił, ale Maciuś głowę miał zwieszoną. Potem coś klekotało nieznośnie. A kiedy się wreszcie ocknął — leżał na szerokim łóżku w jakimś pięknie umeblowanym pokoju.

— Jak się wasza królewska mość czuje? — pyta się salutując, ten sam stary generał, który mu w zimie przypiął medal za wysadzenie prochowni.
— Jestem Tomek Paluch, Wyrwidąb, żołnierz zwyczajny, panie generale! — krzyknął zrywając się z posłania Maciuś.
— A już — roześmiał się generał. — Zaraz się przekonamy. Hej, zawołać tu Felka.
Wszedł Felek w ubraniu lotnika.
— Powiedz, Felek, kto to jest?
— To jest jego królewska mość, król Maciuś Pierwszy.
Maciuś nie mógł się dłużej zapierać. I wcale nie potrzeba było teraz ukrywać. Przeciwnie, chwila wojenna wymagała najbardziej, żeby najgłośniej na całe wojsko i na całe państwo krzyknąć, że król Maciuś żyje i jest na froncie.
— Czy wasza królewska mość może już wziąć udział w obradach?
— Mogę — odpowiedział Maciuś.
Więc było tak. I generał opowiedział, jak to zamiast Maciusia zrobiono lalkę, jak ta lalka codziennie jeździła po stolicy samochodem, jak prezes ministrów nawet na tronie podczas audiencji sadzał tę lalkę, która za poruszeniem sznurka kiwała głową i salutowała.
Do powozu wnoszono lalkę, bo król Maciuś — tak pisali w gazetach — dał słowo, że nogą nie stąpi na ziemię, dopóki ta ziemia nie będzie całkiem wolna od ostatniego nieprzyjacielskiego żołnierza. I długo się sztuka udawała — i ludzie wierzyli, choć dziwno im było, że król Maciuś zawsze tak samo siedzi na tronie i w powozie, nigdy się nie uśmiechnie ani nic nie powie, tylko czasem głową kiwnie i salutuje.
Ten i ów coś podejrzewał, a było wreszcie i wielu takich, którzy wiedzieli o zniknięciu króla Maciusia.
Nieprzyjaciel też zaczął się czegoś domyślać uprzedzony przez swoich szpiegów, ale udawał, że nic, bo co go to mogło obchodzić. Była zima, a zimą i tak siedzi się tylko w okopach.
Dopiero kiedy się dowiedzieli, że wojsko Maciusia chce przerwać front, zaczęli na serio myszkować — i całą tajemnicę poznali.
I oto w przeddzień ataku wynajęli jakiegoś łobuza, który z całej siły cisnął kamień w lalkę-Maciusia.
Maciuś się stłukł. Porcelana się rozsypała, tylko ręka lalki salutowała w powietrzu, bo głowy już nie było. I jedni zaczęli rozpaczać, inni zaczęli się złościć, że ich oszukują, i grozić rewolucją, a inni się śmiali.
Kiedy nazajutrz po próbnym ataku, kiedy to król Maciuś dostał się do niewoli, miał nastąpić atak generalny — nagle pokazały się nad wojskiem aeroplany, tylko zamiast bomb rzucały karteczki nadrukowane. To były proklamacje.
Żołnierze! —pisało w tych kartkach. — Generałowie i ministrowie was oszukują. Nie ma już Maciusia. Od początku wojny jeździ po stolicy porcelanowa lalka, którą dziś stłukł kamieniem jakiś łobuz. Idźcie do domu, przestańcie się bić.
Z trudem udało się przekonać żołnierzy, żeby jeszcze trochę poczekali, że to może kłamstwo. Ale do ataku już iść nie chcieli.
I wtedy to Felek powiedział wszystko.
Ucieszyli się generałowie, telefonują do kapitana, żeby natychmiast przysłał do sztabu Maciusia. I jakże się przerazili, gdy się dowiedzieli, że Maciuś w próbnym ataku dostał się do niewoli.
Co robić?
Powiedzieć zbuntowanym żołnierzom, że Maciuś w niewoli — raz już oszukani, nie zechcą uwierzyć. Na nadzwyczajnej naradzie postanowili napaść na nieprzyjaciela aeroplanami i wykraść w popłochu Maciusia.
Wszystkie aeroplany podzielono na cztery oddziały. Jeden miał napaść na obóz jeńców, jeden na areszt, jeden na prochownię, a jeden na sztab oficerów.
Tak też zrobili. Zarzucili bombami dom, gdzie byli wszyscy oficerowie. Więc już nikt nie mógł dawać rozkazów. Rzucili dużo bomb tam, gdzie zdawało im się, że jest prochownia, ale to się nie udało, bo tam prochowni nie było. A trzeci oddział wpadł do obozu jeńców szukając Maciusia, ale go nie znalazł. Tylko czwarty oddział porwał Maciusia i zemdlonego, z wielkim trudem odwiózł do siebie.
— Dzielnie się spisaliście, moi panowie. A ile straciliśmy aeroplanów?
— Wysłaliśmy trzydzieści cztery aeroplany, a wróciło piętnaście.
— Jak długo trwał atak? — zapytał Maciuś.
— Od wzlotu do powrotu upłynęło czterdzieści minut.
— Ano dobrze — powiedział — wiec jutro atak generalny. Oficerowie aż w ręce z radości klasnęli.
— A to niespodzianka. Doskonale! Żołnierze na całej linii dowiedzą się tej jeszcze nocy, że król Maciuś żyje, że jest wśród nich i sam poprowadzi ich do ataku. Ucieszą się chłopcy setnie i bić się będą jak lwy.
Zaraz zahuczały telefony i telegrafy do wojska i do stolicy.
W nocy wyszły nadzwyczajne dodatki wszystkich gazet.
Dwie odezwy napisał Maciuś: jedną do żołnierzy, a drugą do narodu. O rewolucji nikt już nie myślał, tylko młodzież i dzieci urządziły kocią muzykę przed pałacem prezesa ministrów.
Zaraz zebrała się rada ministrów i wydała swoją odezwę, że to wszystko było tak naumyślnie zrobione, żeby oszukać nieprzyjaciela.
W wojsku taki był zapał, że się doczekać nie mogli rana i ciągle tylko pytali się, która godzina.
No i ruszyli do ataku.
Trzech królów prowadziło wojnę z Maciusiem. Jednego rozbili na głowę i wzięli do niewoli, drugiego tak pobili, że prędzej niż za trzy miesiące nie mógłby znów wojować, bo mu zabrali prawie wszystkie armaty i więcej niż połowę wojska. Więc został się tylko jeden, który stał w rezerwie.
Kiedy się bitwa skończyła, zebrano się znów na naradę. Był i głównodowodzący, i minister ekstrapociągiem zdążył przyjechać ze stolicy.
— Czy ścigać wroga, czy nie?
— Ścigać! — krzyknął dowodzący wojskami. — Jeżeli poradziliśmy sobie, kiedy ich było trzech, tym bardziej pobijemy jednego, który został.
— Ja mówię, że nie — powiedział minister wojny. — Już mieliśmy nauczkę wtedy, kiedyśmy niepotrzebnie tak daleko za nieprzyjacielem polecieli.
— To było co innego — powiedział głównodowodzący.
Wszyscy czekali, co powie Maciuś.
Strasznie chciało się Maciusiowi chociaż troszeczkę gonić zwyciężonych wrogów, którzy go chcieli powiesić. Zresztą ściga zwykle Konnica, a Maciuś ani razu jeszcze w tej wojnie konno nie jechał. Tyle słyszał o tym, jak królowie na koniach zwyciężali, a on tyle się czołga} na brzuchu, tyle schylony siedział w rowie. Żeby choć troszkę pojeździć prawdziwie na koniu.
Ale pamiętał Maciuś początek wojny. Poszli za daleko i mało wojny nie przegrali. Pamiętał Maciuś, że o głównodowodzącym mówili, że cymbał.
I pamiętał Maciuś, że obiecał wówczas odjeżdżającym posłom, że postara się ich prędko zwyciężyć — i postawi łagodne warunki pokoju.
Długo milczał Maciuś, a wszyscy w milczeniu czekali.
— Gdzie jest nasz królewski jeniec? — zapytał się nagle.
— Jest tu niedaleko.
— Sprowadzić go proszę.
Wprowadzono okutego w kajdany nieprzyjacielskiego króla.
— Rozkuć kajdany! — krzyknął Maciuś. W tej chwili spełniono rozkaz, tylko straż bliżej jeńca stanęła, żeby nie uciekł.
— Zwyciężony królu — powiedział Maciuś — wiem, co to niewola. Daruję ci wolność. Jesteś pobity, więc proszę cię, żebyś resztę swojego wojska zabrał z mojego kraju.
I króla odwieziono samochodem aż do okopów, a potem poszedł do swoich.

Na drugi dzień przyszedł papier, podpisany przez wszystkich trzech nieprzyjacielskich królów.
Królu Maciusiu — pisali —jesteś mężny, rozumny i szlachetny. Po co mamy się bić? Chcemy się z tobą przyjaźnić. Wracamy do naszego kraju. Czy się zgadzasz?
Król Maciuś się zgodził.
Pokój został zawarty.
Porządni żołnierze wszyscy się cieszyli, cieszyły się ich żony, matki i dzieci. Byli może i niezadowoleni, ci, którzy na wojnie rabują i kradną, ale takich jest niezbyt wielu.
Toteż z radością witano Maciusia, gdy królewskim pociągiem wracał do stolicy.
Na jednej stacji kazał zatrzymać pociąg, a sam poszedł do poczciwej zwrotniczowej.
— Przyszedłem do pani na kawę — powiedział Maciuś z uśmiechem.
Zwrotniczowa z radości nie wiedziała, co robić.
— Co za szczęście, co za szczęście — mówiła, a z oczu tak jej łzy kapią, kapią.
W stolicy czekał już samochód, ale Maciuś zażądał białego konia.
Ucieszył się mistrz ceremonii, za głowę się złapał.
— Ach, jaki ten Maciuś mądry. Właśnie na koniu powinien król wracać z wojny, a nie na benzynie.
I jechał Maciuś stępa przez wszystkie ulice, a we wszystkich oknach mieszkańcy, a najwięcej dzieci.
Dzieci najwięcej kwiatów rzucają i najgłośniej krzyczą:
— Wiwat! Niech żyje król Maciuś! Wiwat, wiwat, wiwat!
Maciuś trzymał się ostro, ale był bardzo zmęczony. Atak, niewola, ucieczka, narada, znowu bitwa, podróż, a teraz ten krzyk straszny tak zmęczyły Maciusia, że chwilami w głowie mu zaczynało szumieć i w oczach migało. Tak jakby gwiazdy, czy co.
A tu jakiś gamoń rzucił w górę czapkę, która spadła akurat na głowę konia. A koń był rasowy z królewskiej stajni, więc bardzo wrażliwy. Koń rzucił się w bok, a Maciuś spadł z konia.
Zaraz przenieśli go do pojazdu i już pełnym galopem odwieziono do pałacu. Maciuś nic sobie nie zrobił złego, nie zemdlał, a tylko zasnął mocno.
I spał, spał, spał do wieczora, a potem do rana i jeszcze do południa.
— Zryć dawajcie, do stu piorunów! — huknął Maciuś, aż lokaje zbledli ze strachu jak papier.
W minutę na łóżku, koło łóżka i pod łóżkiem stało już ze sto półmisków z jedzeniem i przysmakami.
— Zabrać mi w tej chwili te zamorskie frykasy — huknął Maciuś
— chcę kiełbasy z kapustą i piwa!
Rety babskie, w pałacowym kredensie ani kawałka kiełbasy! Na szczęście kapral straży pałacowej pożyczył.
— Ach wy, maminsynki, niunie, piecuchy, pieszczochy, dziamdzie, lalusie, ciamary — sypał Maciuś całą swoją żołnierską uczoność.
— Już ja się do was wezmę teraz.
Wcina Maciuś kiełbasę, aż mu się uszy trzęsą, a myśli w duchu:
„Teraz będą wiedzieli, że wrócił prawdziwy król, którego muszą się słuchać".
Maciuś przeczuwał, że po zwycięskiej wojnie będzie musiał rozpocząć jeszcze większą walkę ze swymi ministrami.
Jeszcze na froncie doszła go wiadomość, że minister finansów pieni się ze złości.
— Ładny zwycięzca — mówił. — Dlaczego nie żądał kontrybucji? Zawsze tak było, że kto przegra, ten płaci. Szlachetny, dobrze, niech teraz sam gospodaruje, gdy w skarbie pustki. Niech płaci fabrykantom za armaty, szewcom za buty, dostawcom za owies, groch i kaszę. Dopóki była wojna, wszyscy czekali, a teraz — płać, jak nie ma z czego.
Wściekły był i minister spraw zagranicznych.
— Jak świat światem, nigdy jeszcze nie zawierano pokoju bez ministra spraw zagranicznych. A cóż to ja od parady? Urzędnicy śmieją się ze mnie.
Ministrowi handlu fabrykant spokoju nie dawał.
— Płać — mówi — za lalkę porcelanową.
I prezes ministrów niezbyt miał czyste sumienie, i prefekt poligi trochę się obawiał, że wtedy nie bardzo mądrze ucieczkę Maciusia wytłumaczył.
Maciuś trochę wiedział, reszty się domyślał — i postanowił zrobić z nimi porządek.
Dość tych ministerialnych rządów. Albo się muszą słuchać, albo ._ fora ze dwora. Teraz prosić prezesa ministrów nie będzie, gdy mu się zachce chorować.
Oblizał się Maciuś po kiełbasie, splunął na dywan i kazał wylać na siebie kubeł zimnej wody.
— To jest kąpiel żołnierska — powiedział zadowolony. Włożył koronę na głowę i wszedł do sali posiedzeń. Był tam minister wojny.
— A gdzie reszta?
— Nie wiedzieli, że wasza królewska mość chce z nimi odbywać naradę.
— Może myśleli, że po powrocie z wojny zasiądę do lekcji z zagranicznym guwernerem? A oni będą robili, co chcą?... Do pioruna, mylą się bardzo... Panie ministrze, ogłaszam naradę na godzinę drugą. Kiedy się zbierzemy w sali, ma się cichaczem zebrać w korytarzu pluton żołnierzy. Plutonowy ma stać przed drzwiami i słuchać, a jak klasnę w ręce, ma wejść z żołnierzami na salę. Panu mogę powiedzieć prawdę: jeżeli zechcą zrobić tak, żeby wszystko było po staremu jak przed wojną, każę ich — do stu tysięcy bomb i kartaczy — aresztować. Ale to tajemnica.
— Rozkaz, wasza królewska mość — skłonił się minister. Maciuś zdjął koronę i poszedł do pałacowego ogrodu. Tak dawno tu nie był.
— Ach, prawda — zawołał — zupełnie zapomniałem o Felku! Gwizdnął — w odpowiedzi otrzymał hasło kukułki.
— Chodź, Felek. Nie bój się. Teraz jestem już prawdziwym królem i nie potrzebuję się przed nikim tłumaczyć.
— No tak, ale mój ojciec co powie.
— Powiesz ojcu, że jesteś królewskim faworytem i zabraniam, by cię tknął bodaj palcem.
— Gdyby wasza królewska mość zechciał to napisać.
— Bardzo chętnie, chodź do mojego gabinetu. l Felek nie dał sobie tego dwa razy powtarzać.
— Panie sekretarzu stanu, proszę napisać papier, że Felek jest mianowany moim faworytem.
— Wasza królewska mość, przy dworze nie było takiego stanowiska.
— Jeżeli nie było, teraz już jest, bo taka moja królewska wola.
— Może waszej królewskiej mości wola rozkaże napisanie papieru odroczyć do posiedzenia ministrów. Zwłoka niezbyt wielka, a zawsze trochę formalniej.
Maciuś gotów był ustąpić, ale Felek nieznacznie pociągnął go za rękaw.
— Żądam natychmiastowego napisania papieru, do pioruna! — huknął Maciuś.
Sekretarz poskrobał się w głowę i napisał dwa papiery. Na jednym napisane było:
Ja, król Maciuś, żądam nieodwołalnie, by bezzwłocznie napisany i do podpisu podany, a po złożeniu pieczęci wręczony był mi papier o mianowaniu Felka nadwornym królewskim faworytem. W razie niewypełnienia natychmiast tej mojej woli i tego mojego kategorycznego rozkazu, winny oporu ulegnie najsurowszej, najbezwzględniejszej karze. Co wiadomym panu sekretarzowi dworu czynię i własnoręcznym swym podpisem stwierdzam.
Sekretarz tłumaczył, że tylko po podpisaniu tego papieru — będzie miał prawo wydać ten drugi.
Król Maciuś podpisał, po czym sekretarz wydał opatrzone pieczęcią mianowanie Felka faworytem.
Potem przeszli do królewskiej bawialni — oglądali zabawki, książki, rozmawiali, wspominali swe przygody wojenne; potem jedli razem obiad. Potem poszli razem do ogrodu, gdzie Felek przywołał swoich rówieśników z podwórza — doskonale się bawili aż do posiedzenia ministrów.
— Muszę iść — powiedział smutnie Maciuś.
— Gdybym ja był królem, nic i nigdy bym nie musiał.
— Nie rozumiesz tego, mój Felku, i my królowie nie zawsze możemy robić, co byśmy chcieli.
Felek wzruszył ramionami na znak, że jest innego zdania, i dość niechętnie, chociaż z papierem podpisanym przez samego króla, wrócił do domu, wiedząc, że spotka się z surowym wzrokiem ojca i znanym mu pytaniem:
— Gdzieś się wałęsał, kundlu jeden? Chodź no tu, gadaj!
Co po tym pytaniu zwykle następowało, Felek wiedział; tym razem miało być inaczej.

Zaczęły się skargi i biadania.
Minister skarbu mówił, że nie ma pieniędzy. Minister handlu mówił, że kupcy dużo stracili przez wojnę i nie mogą płacić podatków. Minister kolei mówił, że wagony musiały tyle wozić na front, że się popsuły zupełnie i trzeba je poprawiać — i to musi dużo kosztować. Minister oświaty mówił, że dzieci przez czas wojny bardzo się rozpuściły, bo ojcowie wyjechali, a matki nie mogły sobie z nimi dać rady; więc nauczyciele żądają podwyższenia pensji i wprawienia potłuczonych szyb. Pola przez wojnę nie zasiane, towarów przez wojnę mało. I tak w kółko przez całą godzinę.
Prezes ministrów wypił szklankę wody, co zawsze czynił, kiedy miał długo mówić. Maciuś strasznie nie lubił, kiedy prezes ministrów pił wodę.
— Panowie, dziwne jest nasze posiedzenie. Gdyby ktoś nie wiedział, a słyszał to wszystko, myślałby, że wojna skończyła się nieszczęśliwie, że zostaliśmy pobici. A przecież jesteśmy zwycięzcami. Do tej pory bywało tak, że zwyciężeni płacili kontrybucję, że ten, który pobił wrogów — bogacił się. I to było słuszne, bo to państwo wojnę wygrywa, które nie skąpi na armaty, na proch i na jedzenie dla wojska. Myśmy wydali najwięcej pieniędzy i myśmy zwyciężyli. Nasz bohaterski król Maciuś sam mógł ocenić, że wojsko miało wszystko, czego mu było potrzeba. Ale dlaczego my mamy płacić? Oni nas zaczepili, oni z nami zaczęli, myśmy im przebaczyli — i w tym nasza wspaniałomyślność i dobroć. Ale dlaczego nie mieli nam zwrócić kosztów wojny? Nie chcemy nic waszego, ale dajcie, co nam się należy. Bohaterski król Maciuś uniósł się szlachetnością i dał wrogom pokój — i to było czynem zarówno rozumnym, jak pięknym — ale pokój za darmo stworzył niesłychane trudności finansowe. My sobie z tym poradzimy, bo mamy doświadczenie, bo przeczytaliśmy dużo mądrych książek, bo jesteśmy ostrożni, bo wiele umiemy, i jeżeli król Maciuś zaszczyci nas tym samym zaufaniem, jakim cieszyliśmy się przed wojną, jeżeli rady nasze zechce przyjmować...
— Panie prezesie ministrów — przerwał Maciuś — dość tej gadaniny. Tu nie o rady chodzi, a o to, że wy chcecie rządzić, a ja mam być porcelanową lalką, więc mówię, że... do pioruna, do stu tysięcy bomb i kartaczów... ja się nie zgadzam.
— Wasza królewska mość...
— Dosyć. Nie zgadzam się, i basta. Ja jestem królem — i ja królem zostanę.
— Proszę o głos — odezwał się minister sprawiedliwości.
— Proszę, tylko krótko.
— Według prawa, dodatek piąty do paragrafu 777555, księgi XII, tomu 814 zbioru praw i przepisów, na stronicy piątej w wierszu czternastym czytamy: „Jeśli następca tronu nie ma ukończonych dwudziestu lat..."
— Panie ministrze sprawiedliwości, mnie to nic nie obchodzi.
— Rozumiem: wasza królewska mość pragnie pogwałcić prawo. Gotów jestem podać prawo, które to przewiduje. Jest paragraf 105486.
— Panie ministrze sprawiedliwości, to mnie nic nie obchodzi.
— I na to jest prawo. „Jeśli król lekceważy prawa zawarte w paragrafach..."
— Czy pan przestanie, do cholery, czy nie?...
— Jest i o cholerze prawo. „W razie wybuchu epidemii cholery..." Zniecierpliwiony Maciuś klasnął w ręce. Na salę weszli żołnierze.
— Aresztuję panów! — krzyknął Maciuś. — Odprowadzić ich do więzienia.
— I na to jest prawo! — zawołał uradowany minister. To się nazywa dyktatura wojskowa... Oj, to jest już bezprawie! — krzyknął, gdyż żołnierz kolbą potrącił parę żeber.
Ministrowie biali jak kreda szli do więzienia. Minister wojny został wolny, złożył ukłon wojskowy i wyszedł.
Zapanowała grobowa cisza. Maciuś został sam. Założył ręce w tył i chodził długo po sali. A ile razy przechodził koło lustra, spoglądał w nie i myślał: „Podobny jestem trochę do Napoleona".
— Co tu robić?
Na stole pozostała kupa papierów. Czy podpisać je, czy wszystkie podpisać, co w nich napisane, dlaczego na jednych pisze się „zezwalam", na drugich „odłożyć" albo „zabronić"?
Może nie wszystkich ministrów należało aresztować? Może w ogóle nie należało tego robić? Bo co teraz będzie?
I za co właściwie? Co oni złego zrobili? Prawdę powiedziawszy, Maciuś zrobił głupstwo. Dlaczego się tak pośpieszył z zawarciem pokoju? Mógł wezwać ministrów — na pewno minister finansów powiedziałby o kontrybucji.
Kto mógł wiedzieć, że są jakieś kontrybucje? Choć co prawda, to prawda. Dlaczego ma płacić ten, który zwyciężył? A zresztą oni sami zaczęli.
A może napisać do królów. Ich jest aż trzech, to im łatwiej razem zapłacić niż jemu jednemu.
Ale jak się pisze takie papiery? Jak on mówił — ten minister: tom 814. Ileż jest tych książek. A Maciuś przeczytał dopiero dwa zbiorki powiastek i życiorys Napoleona. To strasznie mało.
Coraz cięższe myśli dręczyły Maciusia, gdy nagle przez otwarte okno usłyszał hasło kukułki.
Nareszcie nie jest sam.
— Słuchaj, Felek, co ty byś zrobił na moim miejscu?
— Ja bym na miejscu waszej królewskiej mości dalej się bawił w ogrodzie i na ich posiedzenia wcale bym nie chodził. Ja bym robił, co mnie się podoba, a oni niechby sobie robili, co im się podoba.
Maciuś pomyślał, że Felek jest jednak bardzo prosty chłopak i nie rozumie, że król musi przecież rządzić dla szczęścia narodu, a nie — w berka i palanta grać tylko. Ale nic. Nie powiedział mu tego.
— Trudno, Felku, stało się. Już oni siedzą w więzieniu.
— Niech siedzą, jeśli taka wola waszej królewskiej mości.
— Ba, patrz, ile tu papierów nie podpisanych. A jak nie podpiszę, nie będzie ani kolei, ani fabryk, no nic.
— No, to podpisać trzeba.
— Nie, poczekaj. Słuchaj: ja bez nich nic nie wiem, nawet starzy królowie nie mogą się obejść bez ministrów.
— No, to można ich wypuścić.
Maciuś mało nie rzucił się Felkowi na szyję z radości. Takie proste, a nie przyszło mu do głowy. Rzeczywiście nic się złego nie stało. Może ich w każdej chwili wypuścić. Ale postawi im warunki. Nie będzie im się wolno tak rozporządzać — będą musieli się go słuchać. Nie, żeby on, król, musiał wykradać z kredensu albo z ogrodu własnego coś dla przyjaciela, albo przez kratę z zazdrością patrzeć na zabawy chłopców. On też się chce bawić. Chce, żeby jego nauczycielem był poczciwy kapitan, pod którego rozkazami przebył całą wojnę. Cóż on wreszcie
chce tak złego — chce być wesołym chłopcem jak każdy, żeby go nie męczyli.
Felek nie mógł być długo, bo miał jakieś ważne interesy na mieście, przyszedł tylko pożyczyć trochę pieniędzy — niewiele: tylko na tramwaj i może na papierosa i czekoladę.
— Ależ bardzo chętnie. Masz, Felku.
I Maciuś znów został sam.
Mistrz ceremonii jakoś go unikał, guwerner gdzieś się schował, a lokaje przesuwali się cicho jak cienie.
I nagle Maciusiowi przyszło na myśl, czy oni wszyscy nie uważają go czasem za tyrana.
I strach go ogarnął.
To byłoby przecież okropne. Maciuś był prawnukiem Henryka Porywczego, który ludzi zabijał jak wrony.
Co tu robić, co robić?
Żeby choć Felek przyszedł albo kto.
I cicho wszedł do pokoju stary doktor Maciusia. Ucieszył się Maciuś szczerze.
— Mam ważny interes — zaczął doktor nieśmiało. — Boję się jednak, że mi wasza królewska mość odmówi.
— A cóż ja? Tyran jestem czy co? — zapytał się Maciuś, uważnie patrząc doktorowi w oczy.
— E, skąd by znów tyran. Tylko że przychodzę w trudnej sprawie.
— Jakiej?
— Chciałem prosić o parę drobnych ulg dla uwięzionych.
— Mów śmiało, doktorze. Na wszystko z góry się zgadzam. Ja się na nich wcale nie gniewam. Ja ich wypuszczę z więzienia, tylko muszą mi obiecać, że się za bardzo rozporządzać nie będą.
— O, to prawdziwie królewskie słowa! — zawołał uradowany doktor. I śmiało zaczął wyliczać prośby uwięzionych: — Prezes ministrów prosi o poduszkę, materac i pierzynę, bo nie może spać na słomie, bo kości go bolą...
— A ja spałem na ziemi — wtrącił Maciuś.
— Minister zdrowia prosi o szczoteczkę i proszek do zębów. Minister handlu prosi o biały chleb, bo nie może jeść czarnego więziennego chleba. Minister oświaty prosi o książkę do czytania. Minister spraw wewnętrznych prosi o proszek, bo ze zmartwienia dostał boleści.
— No, a minister sprawiedliwości?
— On o nic nie prosi, bo wyczytał w 745 tomie praw, że uwięzieni ministrowie dopiero po trzech dniach pobytu w więzieniu mają prawo składać prośby do laski królewskiej, a oni siedzą dopiero trzy godziny.
Maciuś kazał posłać wszystkim ministrom pościel pałacową, polecił wysłać im zaraz królewski obiad i wieczorem kolację z winem. A ministra sprawiedliwości pod strażą kazał sprowadzić do siebie.
Kiedy przyszedł minister sprawiedliwości, Maciuś kazał mu uprzejmie usiąść na krześle i zapytał:
— Czy to będzie zgodne z prawem, jeśli wypuszczę was jutro z kozy?
— Niezupełnie, mości królu, ale dyktatura wojskowa uznaje procedurę przyspieszoną... i jeśli to tak nazwiemy, będzie wszystko formalnie.
— Panie ministrze, a czy jak ja ich wypuszczę, oni mogą mnie wsadzić do kozy?
— Nie mają prawa, choć, z drugiej strony, tom 949 omawia stronę prawną tak zwanego zamachu stanu.
— Nie rozumiem — przyznał król Maciuś. — Ile trzeba czasu, aby to wszystko zrozumieć?
— Chyba z pięćdziesiąt lat — odpowiedział minister. Maciuś westchnął. Korona zawsze zdawała mu się ciężką, ale teraz tak mu ciążyła, jakby była kulą armatnią.

Ministrom zdjęto kajdany, wprowadzono ich do więziennej jadalni
— przybyli też z wolności minister sprawiedliwości i wojny — straż z obnażonymi szablami zajęła swoje miejsca — i zaczęła się narada. Maciuś ułożył w nocy taki plan:
— Wy będziecie się zajmowali dorosłymi, a ja będę królem dzieci. Jak będę miał dwanaście lat, będę rządził dziećmi do lat dwunastu, jak będę miał piętnaście lat, to — do piętnastu. A sam, jako król, mogę robić, co chcę. A reszta niech będzie po staremu. Ja jestem sam mały i wiem, co jest potrzebne dla malców.
— I my byliśmy mali kiedyś — powiedział prezes ministrów.
— No, dobrze, a ile pan ma lat?
— Czterdzieści trzy — powiedział premier.
— A dlaczego pan rządzi tymi, co są starsi od pana? A pan minister kolei jest młody, a kolejami jeżdżą i staruszkowie. A ministrowie powiedzieli:
— No, prawda.
— Więc cóż pan na to, panie ministrze sprawiedliwości, czy można tak robić?
— W żaden sposób — powiedział minister sprawiedliwości.
— Według prawa (tom 1349) dzieci są własnością rodziców. Jest jedna tylko możliwość.
— Jaka? — zapytali wszyscy ciekawie.
— Król Maciuś musi się nazwać: król Maciuś Pierwszy-Refor-mator (tom 1764, str. 377).
— Co to znaczy?
— To znaczy, że jest królem, który zmienia prawa. Jak król powie: „Chcę wydać prawo takie i takie", to powiem: „Nie wolno, bo już jest inne prawo". A jak król powie: „Chcę wprowadzić taką a taką reformę" — powiem: — „Dobrze".
Zgodzili się wszyscy. Ale najtrudniej było z Felkiem.
— Nie może być faworytem.
— Dlaczego?
— Bo na to nie pozwala etykieta.
Nie było na posiedzeniu mistrza ceremonii, więc nie mogli dobrze ministrowie wytłumaczyć, co to jest dworska etykieta. Jedno wiedzieli tylko na pewno: że królowie mogą mieć faworytów, ale dopiero po śmierci. Nie znaczy to, żeby król Maciuś miał, Boże broń, umierać, ale ten papier musi być od Felka odebrany za wszelką cenę.
— Tak, to nie jest prawny papier — potwierdził minister sprawiedliwości. — Felek może przychodzić do króla, może być jego serdecznym przyjacielem, tak — ale nie może być napisane, i w dodatku z pieczęcią.
— No, dobrze — powiedział Maciuś, żeby ich wypróbować — a jeżeli nie ustąpię i zostawię was dalej w więzieniu?
— To zupełnie rzecz inna — uśmiechał się minister sprawiedliwości. — Król wszystko może.
Zdziwił się Maciuś, że o jakieś głupstwo, o jakiś papierek tylu ludzi chce siedzieć w kozie.
— Mości królu — powiedział minister sprawiedliwości — niech się król nie obrazi — prawo i to przewiduje; jest i o tym wzmianka w 235 tomie. Król może i za życia mianować faworytów, ale musi się nazwać nie reformatorem...
— A jak? — zapytał Maciuś niespokojnie, bo już się trochę zaczął domyślać.
— Musi być królem tyranem.
Maciuś wstał, straż więzienna niespokojnie podniosła uzbrojone w więzienne szable ręce, nastała wielka cisza. Wszyscy aż zbledli ze strachu, co też król Maciuś powie. Nawet więzienne muchy przestały brzęczeć.
A Maciuś głośno i powoli powiedział:
— Od dziś nazywam się królem Maciusiem Reformatorem. Jesteście, panowie, wolni.
Stróż więzienny wyniósł zaraz kajdany do komórki, bo nie były potrzebne, straż więzienna schowała szable, a klucznik otworzył ciężkie żelazne drzwi. Ministrowie wesoło zacierali ręce.
— Zaraz, moi panowie. Muszę zrobić jakąś reformę: niechaj jutro każdy uczeń dostanie w szkole funt czekolady.
— Za dużo — powiedział minister zdrowia. — Najwyżej ćwierć funta.
— To niech będzie ćwierć funta.
— W państwie całym mamy pięć milionów uczniów powiedział minister oświaty.
— Jeżeli mają dostać czekoladę łobuzy i leniuchy...
— Wszyscy — zawołał Maciuś — wszyscy bez wyjątku!
— Taką ilość czekolady mogą przygotować nasze fabryki dopiero w dziewięć dni.
— A koleje mogą ją rozwieźć po całym państwie w tydzień.
— Jak widzi wasza królewska mość, rozkaz może być spełniony... dopiero za trzy tygodnie.
— No, trudno — powiedział Maciuś, a w duszy powiedział sobie: „Jak to dobrze, że mam doświadczonych pomocników. Bez nich nie wiedziałbym nawet, ile potrzeba czekolady, bez nich nie wiedziałbym, kto ma ją zrobić. Nie przyszło mi do głowy, że trzeba ją przecież porozwozić po całym państwie".
Ale głośno Maciuś tego nie mówił. Udawał nawet, że jest trochę niezadowolony, więc dodał:
— Więc proszę, żeby jutro ogłoszono to w gazetach.
— Przepraszam bardzo — powiedział minister sprawiedliwości. — Wszystko to bardzo piękne, ale to nie jest reforma. To jest tylko — królewski dar dla dzieci szkolnych. Gdyby król Maciuś wydał prawo, że każdy uczeń dostawać będzie codziennie na koszt skarbu czekoladę, to co innego. To by było już prawo. A tak — to jest funda, prezent, niespodzianka.
— No, niech będzie funda — zgodził się Maciuś, bo był już zmęczony i bał się, że jeszcze będą gadali.
— Posiedzenie zamknięte. Żegnam panów. Maciuś pojechał królewskim samochodem do swego pałacu, wpadł prędko do ogrodu, gwizdnął na Felka.
— Widzisz, Felek, jestem już prawdziwym królem. Już wszystko dobrze.
— Waszej królewskiej mości, ale mnie nie bardzo.
— Dlaczego? — zapytał zdziwiony Maciuś.
— Bo mnie ojciec tak sprał za ten papier, że mi szrapnele przed oczami latały.
— Sprał cię, powiadasz? — zdumiał się Maciuś.
— A tak. „Prawo królewskie — powiada — dawać ci fawory, a moje ojcowskie prawo, kundlu jeden, kości ci porachować. W pałacu ty królewski, a w domu ty plutonowski. A ojcowska ręka pewniejsza od królewskiej łaski".
Maciuś był ostrożny. Już wiedział, że tak od razu nic nie należy robić. W życiu tak jak na wojnie: „Jeżeli chcesz zwyciężyć, musisz dobrze się przygotować do ataku". Pośpieszył się z tym papierem — i głupstwo palnął. Sobie kłopotu narobił i Felkowi bólu. A teraz wstyd i ujma dla jego królewskiego honoru. Bo jakże: on, król, daje papier, a jakiś plutonowy bije za jego papier królewski.
— Słuchaj, Felek, troszkę pośpieszyliśmy się. Pamiętasz: ja nawet chciałem trochę zaczekać. Ja ci muszę jedną rzecz wytłumaczyć. I opowiedział Maciuś, jak było z tą czekoladą.
— Królowie nie mogą robić wszystkiego, co chcą.
— No tak, wasza królewska mość...
— Słuchaj, Felek, mów mi dalej po imieniu. Przecież razem wojowaliśmy, przez ciebie z niewoli się wyrwałem.
Rada w radę postanowili, że na odosobnieniu będą mówili sobie po dawnemu.
— Sztaba, Waligóra.
— Sztaba, Wyrwidębie.
Teraz lżej już było Maciusiowi odebrać nieszczęsny papier.
— Dam ci za ten papier łyżwy, dwie lanki, album z markami, palące szkło i magnes.
— A stary znów mnie zbije.
— Prawda, mój Felku, bądź cierpliwy, sam widzisz, że królowie nie mogą też tak od razu. Królowie muszą słuchać prawa.
— A co to jest?
— Sam jeszcze nie wiem dobrze. To są jakieś książki czy coś...
— No tak — powiedział smutnie Felek — jak ty jesteś ciągle na posiedzeniach, to się po trochu uczysz wszystkiego, a ja co...
— Nie martw się, mój złoty Felku, zobaczysz, że będzie dobrze. Jeżeli mogę rozdać pięciu milionom dzieci czekoladę, to przecież mogę i dla ciebie dużo dobrego zrobić. Tylko to musi być prawnie zrobione. Ty wcale nie wiesz, jak ja teraz długo wieczorem nie mogę zasnąć w łóżku. Leżę i leżę — myślę i myślę. I męczę się, żeby coś takiego zrobić, żeby wszystkim było dobrze. Teraz będzie już łatwiej, bo co ja mogłem wymyślić dla dorosłych? Papierosy im dam — mają pieniądze, to sobie sami kupią. Wódkę dam — no to się popiją i co będą mieli?
— Ja nie wiem — mówi Felek — ty tak zaraz myślisz o wszystkich. Ja bym sobie tu kazał w parku zrobić huśtawkę, karuzelę z muzyką...
— Widzisz Felek, ty nie jesteś królem, więc tego nie rozumiesz. Dobrze, niech będzie karuzela, ale nie jedna. Zaraz na przyszłym posiedzeniu powiem, żeby we wszystkich szkołach urządzić huśtawki i karuzele z muzyką.
— I kręgielnie, i strzelnice.
— No widzisz.

Jak tylko ministrowie wyszli z więzienia, zaraz poszli do cukierni na kawę ze śmietanką i ciastka z kremem. Chociaż odzyskali wolność, nie było im wesoło. Widzieli, że z Maciusiem nie będzie łatwo.
— Przede wszystkim trzeba będzie pożyczyć pieniędzy.
— Czy nie można wydrukować nowych pieniędzy?
— Teraz nie można, bo już za dużo wydrukowaliśmy podczas wojny. Trzeba trochę poczekać.
— Ba, czekaj tu, kiedy trzeba tyle płacić.
— Więc też mówię, że musimy pożyczyć od zagranicznych królów.
Zjedli po cztery ciastka z kremem, wypili kawę ze śmietanką i poszli do domu.
A na drugi dzień prezes ministrów poszedł do króla na audiencję i powiedział, że trzeba pożyczyć dużo pieniędzy od bogatszych królów. To jest bardzo trudne przedsięwzięcie, bo muszą bardzo mądrze napisać papier do zagranicznych królów, i dlatego co dzień odbywać się będą po dwie narady.
— Dobrze — powiedział Maciuś — wy się naradzajcie, a ja od dziś zaczynam lekcje u swojego kapitana.
Przyjechał minister wojny z kapitanem. Maciuś serdecznie się z nim przywitał, zapytał się nawet, czy nie można mianować go majorem, ale nie można, bo kapitan był niedawno jeszcze porucznikiem, więc był za młody.
— Pan mnie będzie uczył wszystkiego, a zagraniczny guwerner tylko obcych języków.
I zaczął się Maciuś uczyć z taką ochotą, że zapomniał nawet o zabawach. Kapitan mieszkał daleko, więc Maciuś zaproponował, żeby zamieszkał w pałacu razem z rodziną. Kapitan miał syna Stasia i córeczkę Helenkę. Więc uczyli się razem i trochę razem bawili. Przychodził i Felek na lekcje, ale dużo przepuszczał, bo się nie bardzo lubił uczyć.
Maciuś bardzo rzadko chodził teraz na narady.
— Szkoda czasu — mówił — nudzę się i niewiele z nich rozumiem.
Do królewskiego ogrodu przychodziły chętnie dzieci. Ojciec Felka, który przed wstąpieniem do wojska był cieślą, zrobił im huśtawkę, więc się huśtali, bawili się w berka, w piłkę, straż ogniową, wiosłowali na królewskiej sadzawce, łowili ryby. Troszkę gniewał się na te porządki królewski ogrodnik i chodził na skargę do pałacowego zarządu. Już nawet parę szyb przez nieostrożność stłuczono, ale nikt nie mógł mówić, bo Maciuś był teraz królem-reformatorem i sam wprowadzał własne porządki.
Już był zamówiony na jesień zdun, żeby w sali tronowej postawił piec, bo Maciuś zapowiedział, że nie myśli marznąć podczas audiencji.
Jak był deszcz, bawili się w pokojach. Lokaje byli trochę źli, że im dzieciaki depcą pokoje — i muszą potem sprzątać i froterować. Ale że mniej teraz zwracali uwagi, czy mają wszystkie guziki zapięte, więc czasu było więcej. A zresztą i im było smutno, jak w pałacu tak cicho było dawniej jak w grobie. Teraz za to śmiech, bieganina, krzyki, w których brał często udział i wesoły kapitan, a niekiedy i stary doktor się rozruszał i zaczynał z nimi razem tańczyć albo skakać przez sznur. Wtedy to już naprawdę było śmiesznie.
Ojciec Felka po huśtawce zmajstrował im wózek, ale że były tylko trzy koła, więc wózek często się przewracał. Nie szkodzi. Tak nawet było weselej.
Rozdanie czekolady dzieciom w stolicy tak się odbyło, że dzieci ze wszystkich szkół ustawione były w dwa rzędy na ulicach; jechały ciężarowe samochody — i żołnierze czekoladę rozdawali. A jak skończyli, Maciuś przejechał przez wszystkie ulice — i dzieci jadły, i śmiały się, i krzyczały:
— Niech żyje król Maciuś!
A Maciuś raz wraz wstawał, posyłał im ręką pocałunki, wywijał kapeluszem, powiewał chusteczką i naumyślnie wiercił się, uśmiechał, ruszał rękami i głową, żeby nie pomyśleli, że znów oszukują i obwożą porcelanową lalkę.
Ależ skąd. Wszyscy wiedzieli na pewno, że to jest prawdziwy Maciuś. Prócz dzieci byli na ulicach i ojcowie, i matki, też ucieszeni, bo dzieci teraz lepiej się uczyły, bo wiedziały, że król je lubi i o nich pamięta.
Do tej uroczystości minister oświaty dodał jeszcze od siebie niespodziankę dla spokojnych i pilnych uczniów, żeby wieczorem byli w teatrze. Więc wieczorem Maciuś, kapitan, Felek, Helcia i Stasio zajmowali królewską lożę, a cały teatr pełen był dzieci.
Kiedy Maciuś wszedł do loży, orkiestra zagrała hymn narodowy. Wszyscy wstali i Maciuś przez cały czas stał na baczność, bo tak każe etykieta. Dzieci teraz przez cały wieczór widziały swego króla, trochę tylko były zmartwione, że chociaż w wojskowym ubraniu, ale bez korony.
Ministrowie na przedstawieniu nie byli, bo kończyli akurat papier o zagraniczną pożyczkę, więc czasu nie mieli. Tylko minister oświaty wpadł na parę minut i powiedział zadowolony:
— To przynajmniej rozumiem. Teraz mają nagrodę ci, którzy na nią naprawdę zasłużyli.
Maciuś grzecznie mu podziękował i dzień skończył się bardzo przyjemnie.
Za to na drugi dzień ciężkie miał Maciuś spełnić obowiązki.
Przyjechali wszyscy ministrowie i posłowie zagranicznych państw
— i miał im być uroczyście wręczony papier o zagraniczną pożyczkę.
Maciuś musiał siedzieć spokojnie i słuchać, co oni pisali całe trzy miesiące. Tym trudniej było Maciusiowi teraz, kiedy się już odzwyczaił od posiedzeń i akurat nazajutrz po tak mile spędzonym dniu.
Akt dzielił się na cztery części.
W pierwszej części pisali ministrowie w imieniu Maciusia, jak często wielcy przodkowie Maciusia im pomagali i też pożyczali pieniądze, kiedy tamci nie mieli. To była część historyczna aktu o pożyczce.
Potem była bardzo długa część geograficzna. Tu się wyliczało, ile ziemi należy do Maciusia, ile ma miast, ile lasów, ile kopalni węgla, soli i nafty, ilu ludzi mieszka, ile jest różnych fabryk, ile zboża i kartofli, i cukru rocznie wyrasta w państwie Maciusia. To była część geograficzna.
Trzecia część aktu była ekonomiczna. Tu chwalili się ministrowie, że kraj Maciusia jest bogaty, że pieniędzy jest dużo, co rok duże wpływają do skarbu podatki, że pożyczkę będzie mógł na pewno zapłacić, więc niech się wcale nie boją.
Jeżeli Maciuś chce pożyczyć, to tylko dlatego, żeby jeszcze lepiej gospodarować, żeby mieć jeszcze więcej pieniędzy. W tej części czwartej pisało się, jakie nowe koleje i nowe miasta będą w państwie Maciusia, ile zbudują nowych domów i nowych fabryk.
I czytanie byłoby nawet ciekawe, ale tyle w nim było różnych cyfr
— milionów i dziesiątków milionów, że posłowie patrzyli coraz na zegarki, która już godzina, a Maciuś zaczął ziewać.
Kiedy nareszcie papier przeczytano, posłowie powiedzieli:
— Poślemy to pismo do naszych rządów; nasi królowie bardzo chcą teraz żyć w przyjaźni z Maciusiem i na pewno zgodzą się mu pieniądze pożyczyć.
Teraz dali Maciusiowi złote pióro, wysadzane drogimi kamieniami, i Maciuś dopisał:

Wasze królewskie mości. Ja was pobiłem i nie wziąłem żadnej kontrybucji, a teraz proszę, żebyście mi pożyczyli pieniądze. Wiec nie bądźcie świniami i pożyczcie.

Król Maciuś Pierwszy
Reformator

Maciuś został zaproszony w goście do zagranicznych królów. Pisali, że proszą bardzo króla Maciusia, kapitana, doktora, Stasia i Helcię.
Król Maciuś może być pewien, że nie pożałuje. Zrobimy wszystko, co będzie w naszej mocy, żeby się dobrze bawił i żeby otrzymał wszystko, co zechce.
Strasznie się Maciuś ucieszył. Maciuś znał tylko jedno zagraniczne miasto z wojny, a teraz miał poznać trzy stolice, trzy zagraniczne pałace i królewskie ogrody — a bardzo był ciekawy, czy tam jest inaczej. W jednej stolicy był podobno śliczny ogród zoologiczny, gdzie były zwierzęta z całego świata. W drugiej znów był podobno taki wysoki dom, że, jak mówił Felek, już prawie sięgał do nieba. A w trzeciej były sklepy z takimi ładnymi wystawami, że można patrzeć cały rok — i nawet się nie znudzi.
Ministrowie bardzo byli źli, że ich nie zaproszono, ale nic nie mogli zrobić. Tylko minister finansów zaklinał Maciusia, żeby pieniędzy nie brał i nic nie podpisywał, bo go oszukająr
— Już niech się pan nie boi — powiedział Maciuś. — Młodszy byłem, a oszukać się przez nich nie dałem, więc i teraz się nie dam.
— Mości królu, oni teraz będą udawali przyjaciół, niby że już po wojnie, ale będą się zawsze starali wszystko na swoją stronę.
— Niby to ja nie wiem — powiedział Maciuś, ale w duszy rad był, że go ostrzeżono, i postanowił sam żadnych papierów tam nie podpisywać. Bo, rzeczywiście, dziwne mu było, dlaczego nikogo z ministrów nie zaprosili.
— Będę się pilnował — dodał Maciuś.
Wszyscy zazdrościli Maciusiowi, że jedzie tak daleko. Pakowali kufry, krawcy przynosili nowe ubrania, szewcy nowe buty. Mistrz ceremonii biegał po całym pałacu, żeby czego nie zapomnieć. Helcia i Stasio aż skakali z radości.
Wreszcie zajechały dwa samochody, do jednego wsiadł król Maciuś i kapitan, do drugiego — doktor, Helcia i Stasio. Wśród wiwatów przejechali miasto; na dworcu oczekiwał ich królewski pociąg i wszyscy ministrowie.
Maciuś jechał już raz z wojny królewskim pociągiem, ale był bardzo zmęczony, więc nie mógł się tak dobrze przyjrzeć wszystkiemu. Teraz było zupełnie co innego. Jechał sobie dla przyjemności, więc mógł o niczym nie myśleć. Należał mu się przecie wypoczynek po takiej ciężkiej wojnie i po takiej pracy. Z radością i ze śmiechem opowiadał, jak ukryty pod derką chował się przed porucznikiem, a teraz swym nauczycielem. Mówił o zupie, o pchłach, które go gryzły, o spotkaniu z ministrem wojny, kiedy z drabinki nad obórką patrzył na pociąg, którym teraz jedzie.
— O, tu staliśmy cały dzień. O, z tej stacji cofnęli nas z powrotem.
Pociąg królewski składał się z sześciu wagonów. Jeden — to była sypialnia. Każdy miał swój pokój z wygodnym łóżkiem, umywalką, stolikiem i krzesełkiem. Drugi wagon — stołowy — pośrodku stał stół, naokoło krzesła, na podłodze piękny dywan, wszędzie kwiaty. Trzeci wagon był biblioteką, a teraz prócz książek były tam najładniejsze zabawki króla. W czwartym była kuchnia, w piątym wagonie jechała służba pałacowa: kucharz i lokaje, a w szóstym były kufry pełne rzeczy.
Dzieci na przemian wyglądały przez okno i bawiły się. Zatrzymywali się na dużych stacjach, kiedy trzeba było dolać wody do parowozu. Wagony szły tak leciutko, że ani hałasu nie było, ani żadnego trzęsienia.
Wieczorem położyli się jak zwykle, a rano obudzili się już wszyscy za granicą.
Jak tylko Maciuś umył się i ubrał, zjawił się poseł króla zagranicznego z pozdrowieniem. Wsiadł do pociągu w nocy, nie chciał niepokoić króla Maciusia, ale czuwa od samej granicy, bo teraz Maciuś jest pod jego opieką.
— Kiedy będę w stolicy waszego króla?
— Za dwie godziny.
Maciusiowi bardzo przyjemnie było, że królewski poseł nie mówił w zagranicznym języku, bo chociaż rozumiał i mówił już Maciuś w paru obcych językach, ale zawsze przyjemniej mówić po swojemu.
Jakie przyjęcie zgotowano Maciusiowi, trudno powiedzieć. Wjeżdżał do stolicy obcego państwa nie jak zwycięzca miasta, jego fortecy i murów, ale jak zwycięzca serc całej ludności. Stary, siwy król tego państwa ze swymi dorosłymi dziećmi i z wnukami oczekiwał go na stacji. Na dworcu tyle było zieleni i kwiatów, jakby to był najpiękniejszy ogród, a nie dworzec kolejowy. Z gałązek i kwiatów upleciono napis:
Witaj, gorąco oczekiwany młody przyjacielu!
Wygłoszono cztery długie mowy powitalne, w których Maciusia nazywano dobrym, mądrym i walecznym królem. Przepowiadano, że panować będzie tak długo, jak żaden król jeszcze. Ofiarowano mu chleb i sól na srebrnej tacy. Zawieszono mu na piersi najwyższy Order Lwa z ogromnym brylantem. Stary król ucałował go tak serdecznie, że się Maciusiowi przypomnieli jego zmarli rodzice i łzy napłynęły mu do oczów. Orkiestra, sztandary, bramy tryumfalne. Na balkonach dywany i flagi.
Na rękach wyniesiono go do samochodu. Na ulicach tyle było ludzi, jakby się z całego świata zjechali. Ponieważ zwolniono ze szkół uczniów na trzy dni, wszystkie dzieci były na ulicy.
Tak Maciusia nigdy jeszcze nie witała jego własna stolica.
Kiedy już zajechali do pałacu, na placu zebrał się tłum ludzi — nie chcieli się rozejść, dopóki Maciuś nie wyjdzie na balkon.
— Niech nam coś powie! — krzyczeli.
Już prawie był wieczór, kiedy im się wreszcie Maciuś pokazał na królewskim balkonie.
— Jestem waszym przyjacielem! — krzyknął Maciuś.
Huknęły na wiwat armaty. Zapalono fajerwerki i ognie bengalskie. Z rakiet na niebie sypały się gwiazdy czerwone, niebieskie i zielone. Było ślicznie.
I zaczęły się bale, teatry, w dzień wycieczki za miasto, gdzie były śliczne, wysokie góry, zamki w lasach starych, potem polowanie, potem przegląd wojska, znów obiad galowy, znów teatr.
Wnuki i wnuczki starego króla chciały oddać Maciusiowi wszystkie swoje zabawki. Dostał dwa prześliczne konie, małą armatę z prawdziwego srebra, na własność dostał nowy kinematograf z najładniejszymi obrazami.
Aż przyszło najpiękniejsze: cały dwór pojechał samochodami do morza, gdzie się odbyła na niby bitwa morska. Maciuś pierwszy raz w życiu płynął admiralskim okrętem, który nazwano imieniem Maciusia.
Tak całych dziesięć dni goszczono Maciusia, który chętnie byłby został dłużej, ale musiał jechać do drugiego króla.
Był to właśnie król, którego Maciuś uwolnił z niewoli. Ten król był biedniejszy, więc skromniej przyjął Maciusia, ale jeszcze serdeczniej. Ten król miał dużo przyjaciół miedzy dzikimi królami i zaprosił ich razem z Maciusiem. Tu Maciuś miał bardzo ciekawe bale, gdzie byli Murzyni, Chińczycy i Australijczycy. Jedni byli żółci i mieli warkocze, inni znów czarni, w nosie i w uszach nosili ozdoby z muszli i kości słoniowej. Maciuś się bardzo zaprzyjaźnił z tymi dzikusami, od jednego dostał cztery śliczne papugi, które mówiły jak ludzie, od drugiego dostał krokodyla i węża boa w szklanej ogromnej klatce, a od trzeciego — dwie nadzwyczaj ucieszne małpki tresowane, które umiary takie śmieszne sztuki, że Maciuś śmiał się, ile razy na nie spojrzał.
Tu właśnie widział Maciuś ten największy na świecie ogród zoologiczny, gdzie były ptaki — pingwiny, podobne do ludzi, białe niedźwiedzie, żubry, wielkie indyjskie słonie, lwy, tygrysy, wilki, lisy, aż do najmniejszych stworzonek lądowych i morskich. Co ryb rozmaitych, co ptaków różnokolorowych! A małp samych było z pięćdziesiąt gatunków.
— To wszystko podarunki moich afrykańskich przyjaciół — mówił król.
I Maciuś postanowił koniecznie zaprosić ich do swojej stolicy, żeby mieć też taki ogród. Bo jeżeli jemu się tak podobają zwierzęta, więc pewnie i wszystkim dzieciom.
— Ano, trzeba jechać. A szkoda. Co też ten trzeci król mi pokaże? W jego stolicy jest właśnie ogromny dom, o którym Felek wspominał.

U trzeciego króla przyjęto Maciusia bardzo skromnie, chociaż równie życzliwie. Maciusia to trochę nawet zdziwiło i mu było jakby nieprzyjemnie.
„Skąpy, czy co?" — pomyślał Maciuś.
Pałac nawet nie bardzo wyglądał na zamek królewski, prawie się nie różnił od ładniejszych domów miasta.
Jeden lokaj miał nawet trochę przybrudzone rękawiczki, a na obrusie była mała wprawdzie, ale — jednak — dziurka, zręcznie zaszyta jedwabiem.
Zdziwił się Maciuś tym więcej, gdy go ten król zaprowadził do swego skarbca. Tyle było w skarbcu złota, srebra i drogich kamieni, że Maciuś aż oczy zmrużył.
— Wasza królewska mość strasznie jest bogaty.
— O, nie — powiedział król — gdybym to chciał rozdać między wszystkich obywateli mego państwa, na każdego przypadłby jeden zaledwie pieniążek.
I tak to jakoś przyjemnie powiedział, że Maciusiowi aż serce drgnęło.
Ten król był najmłodszy ze wszystkich trzech, ale jakiś smutny. Jeśli wieczorem nie byli w teatrze, król grał na skrzypcach, ale jakoś smutnie, że trzeba było westchnąć.
„Jacy rozmaici są królowie" — pomyślał Maciuś.
I powiedział:
— Podobno wasza królewska mość ma ogromny dom, ale to bardzo, bardzo wielki.
— Ach, tak. Nie pokazywałem go waszej królewskiej mości, bo to gmach parlamentu. Ponieważ w waszym państwie nie ma ludowładzt-wa, sądziłem, że nie będzie ciekawe.
— A ja bym bardzo chciał ten... ten... parlament zobaczyć. Maciuś nie zrozumiał, o czym król mówił, i pomyślał znów: „To dziwne: co robili królowie sto, dwieście i tysiąc lat temu — tyle mnie uczyli, a nie uczą jakoś, co robią królowie i jacy są teraz. Gdybym ich znał dawniej, może nie doszłoby wcale do wojny".
Król znów zaczął grać na skrzypcach, a Maciuś, Helcia i Stasio słuchali.
— Dlaczego wasza królewska mość gra tak smutnie?
— Bo życie jest niewesołe, mój przyjacielu. A już chyba najsmutniejsze jest życie króla.
— Króla — zdziwił się Maciuś — a tamci tacy weseli.
— I oni są smutni, kochany Maciusiu, tylko przy gościach udają, bo taki jest zwyczaj, bo tak każe etykieta. Jakże mogą być weseli królowie, którzy przegrali dopiero co wojnę?
— Ach, to dlatego się martwi wasza królewska mość.
— Ja najmniej z nas trzech. Ja nawet jestem zadowolony.
— Zadowolony? — jeszcze bardziej zdumiał się Maciuś.
— Tak, bo nie chciałem tej wojny.
— Więc po co było wojować?
— Musiałem, nie mogłem inaczej.
„Dziwny jakiś król — pomyślał Maciuś — nie chce wojować, a wypowiada wojnę, i cieszy się, że przegrywa; zupełnie dziwny król".
— Wygrana wojna to wielkie niebezpieczeństwo — mówił król jakby do siebie. — Najłatwiej zapomnieć wtedy, po co się jest królem.
— A po co się jest królem? — naiwnie zapytał się Maciuś.
— Przecież nie po to, żeby nosić koronę, tylko żeby dać szczęście ludności swego państwa. A jak dać szczęście? Wprowadza się różne reformy.
„Oho — to ciekawe" — pomyślał Maciuś.
— A reformy — to najtrudniejsze, tak, to najtrudniejsze.
I tym razem tak smutnie zagrały skrzypce, jakby płakały, jakby się stało nieszczęście.
Długo w noc rozmyślał Maciuś. Przewracał się z boku na bok, a w uszach śpiewała mu smutna pieśń skrzypiec.
„Jego się zapytam. On mi poradzi. To musi być dobry człowiek. Jestem królem-reformatorem, a nie wiem, co to są reformy. A on mówi, że to takie trudne".
To znów myślał:
„Może on kłamie. Może oni się umówili między sobą, żeby ten właśnie trzeci dał mi do podpisania jakiś akt".
Bo nieraz już dziwiło Maciusia, dlaczego nic nie mówią z nim ani o pożyczce, ani o niczym. Przecież królowie zjeżdżają się, żeby mówić o polityce, o różnych ważnych rzeczach. A oni nic. Myślał, że nie chcą z nim mówić, bo mały. Wiec dlaczego znów ten trzeci rozmawia z nim jak z dorosłym?
Maciuś polubił smutnego króla, ale mu nie ufał. Bo królowie wcześnie uczą się być nieufni.
Chcąc prędzej usnąć, zaczął Maciuś sobie nucić półgłosem najsmutniejszą piosenkę, gdy nagle usłyszał kroki w sąsiednim pokoju.
„Może mnie chcą zabić?" — przemknęło mu przez głowę, bo słyszał i o takich wypadkach, gdy królów wciągano w zasadzki, żeby ich skrytobójczo zgładzić. Może by mu to nie przyszło do głowy, gdyby długie rozmyślania i ta żałobna pieśń nie rozdrażniły go bardzo.
I Maciuś szybko nacisnął guzik elektrycznej lampy. Po czym rękę wsunął pod poduszkę, gdzie miał rewolwer.
— Nie śpisz, Maciusiu? To był król.
— Nie mogę zasnąć.
— Więc i małym królom ciemne myśli spędzają sen z powiek? — z uśmiechem powiedział król siadając przy łóżku.
I nic nie mówił więcej, tylko patrzył.
I Maciuś przypomniał sobie, że tak patrzył na niego często jego ojciec. Maciuś nie lubił wtedy, gdy ojciec tak patrzył. A teraz było mu przyjemnie.
— Tak, tak, Maciusiu, bardzo się zdziwiłeś, kiedy ci powiedziałem, że nie chciałem z tobą wojować, a wojowałem. Bo ty myślisz jeszcze, że królowie mogą robić, co chcą.
— Wcale tak nie myślę. Wiem, że nam wiele rzeczy każe robić etykieta, a wiele — prawo.
— Ach, więc wiesz. Tak, my sami wydajemy złe prawa, a potem musimy się do nich stosować.
— A czy nie można dobrych praw wydawać?
— Można, trzeba. Młody jesteś, Maciusiu. Ucz się i wydawaj dobre, mądre prawa.
I król wziął rękę Maciusia, położył na swojej ręce, tak jakby porównywał swoją dużą z Maciusiową małą, potem pogłaskał ją jakoś bardzo czule, nachylił się — i pocałował rękę Maciusia.
Maciuś się strasznie zawstydził, a król zaczął mówić prędko i cicho:
— Słuchaj, Maciusiu. Mój dziadek dał ludowi wolność, ale nie było dobrze. Jego zamordowali, a lud dalej nie był szczęśliwy. Mój ojciec wzniósł wielki pomnik wolności. Zobaczysz go jutro: jest ładny, ale cóż z tego, kiedy dalej są wojny, są biedni, są nieszczęśliwi. Ja kazałem zbudować ten wielki gmach parlamentu. I cóż, nic. Dalej jest to samo.
Nagle jakby sobie coś przypomniał.
— Wiesz, Maciuś, zawsześmy źle robili, że dawaliśmy reformy dorosłym, spróbuj ty od dzieci, może ci się uda... No śpij, drogie dziecko. Przyjechałeś, żeby się zabawić, a ja ci głowę zawracam po nocy. Dobranoc!
Kiedy nazajutrz Maciuś pragnął wrócić do tej rozmowy, król nie chciał już mówić. Za to objaśnił mu dokładnie znaczenie parlamentu. Był to naprawdę ogromny i piękny dom, w środku podobny trochę do teatru, a trochę do kościoła. Na podwyższeniu siedzieli panowie przed stołem, tak jak w jego pałacu podczas narady. Tylko tu jeszcze było strasznie dużo foteli — i tam siedzieli różni panowie, i z nich wychodzili mówcy, i wchodzili jakby na ambonę, i tak mówili jakby kazanie. A naokoło były loże i w tych lożach różni znów ministrowie. A z boku przy wielkim stole siedzieli tacy, którzy pisali do gazet. A wyżej publiczność.
Akurat kiedy weszli, przemawiał ktoś bardzo gniewnie do ministrów.
— My nie pozwolimy! — krzyczał i bił pięściami. — Jeżeli nas nie posłuchacie, nie będziecie więcej ministrami. Nam potrzeba mądrych ministrów.
Drugi mówił, że ministrowie są bardzo mądrzy i innych nie potrzeba.
Potem się pokłócili, zaczęli wszyscy krzyczeć. Ktoś jeden krzyknął: „Precz z rządem!", inny: „Wstydźcie się!" A kiedy Maciuś wychodził już z sali, krzyknął ktoś: „Precz z królem!"
— Dlaczego oni się pokłócili?
— Bo im źle na świecie.
— A co będzie, jak naprawdę wyrzucą ministrów?
— Wybiorą innych.
— No, a ten, co krzyknął „Precz z królem!"?
— On zawsze tak krzyczy.
— Wariat?
— Nie. Tylko nie chce króla.
— A czy mogą wyrzucić króla?
— Owszem, mogą.
— A co wtedy będzie?
— Wybiorą kogoś i inaczej go nazwą.
To było bardzo ciekawe, prawie tak, jak dwie małpki od kacyka murzyńskiego Vey-Bina.

A tymczasem w gazetach Maciusiowej stolicy pisano przez cały miesiąc o tym, jak przyjmują Maciusia zagraniczni królowie, jak lubią go, szanują, jakie mu dali ładne prezenty. A ministrowie, korzystając z przyjaźni, chcieli pożyczyć bardzo dużo pieniędzy i mieli nadzieje, że im się to bardzo prędko uda. Więc bali się powrotu Maciusia do stolicy, bo nie chcieli, żeby im w ostatniej chwili coś popsuł. Dobrze, że się nie obrazili zagraniczni królowie za dopisek Maciusia na akcie o pożyczce; ale jak świat światem, żaden największy nawet król-reformator nie pisał na akcie urzędowym: „Tylko nie bądźcie świniami".
Więc uradzili ministrowie, żeby Maciuś jeszcze przez miesiąc siedział za granicą, niby że jest zmęczony i musi odpocząć.
Maciuś bardzo się ucieszył i prosił, że chce jechać nad morze. I pojechali: Maciuś, kapitan, Stasio, Helcia i doktor, tylko że teraz Maciuś przebrał się w cywilne ubranie, jechał zwyczajnym pociągiem i mieszkał w zwyczajnym hotelu, a nie w pałacu. I nazywano go teraz nie królem, ale księciem. I to wszystko nazywało się, że król mieszka nad morzem — incognito. Bo takie jest prawo, że król może tylko na zaproszenie jechać za granicę, a jak sam sobie chce być, musi udawać, że nie jest królem.
Dla Maciusia było to wszystko jedno, nawet było przyjemniej, bo mógł się bawić ze wszystkimi dziećmi i był taki jak wszyscy. Było pysznie: kąpali się w morzu, zbierali muszelki, robili z piasku warowne zamki, wały i fortece. Jeździli łódką po morzu, konno, zbierali jagody w pobliskim lesie i suszyli grzyby.
Czas tym prędzej upływał, że Maciuś rozpoczął przerwane lekcje, a że, jak wiele razy już mówiłem, chętnie się uczył i lubił swego nauczyciela, więc te trzy godziny lekcji wcale mu nie psuły humoru.
Serdecznie polubił Maciuś Stasia i Helcię. Były to dzieci bardzo dobrze wychowane, nigdy się z nim nie kłóciły albo tylko bardzo rzadko i na krótko.
Raz pokłócił się z Helcia o grzyb. Był to ogromny prawdziwiec. Maciuś powiedział, że pierwszy zobaczył, a Helcia, że ona. Maciuś byłby jej nawet odstąpił, bo jeden grzyb, dla króla szczególniej, nie ma wielkiego znaczenia. Ale po co się chwali i mówi nieprawdę?
— Jak zobaczyłem grzyb, krzyknąłem: „Ooooo — patrzcie!" — i pokazałem palcem. A ty dopiero podleciałaś.
— Ja go zerwałam.
— Bo ty byłaś bliżej, ale ja pierwszy zobaczyłem. Helcia się rozzłościła, rzuciła grzyb i podeptała nogami.
— Nie potrzebuję tego grzyba.
Ale zaraz wiedziała, że źle zrobiła, bardzo się zawstydziła i zaczęła płakać.
„Jakie te dziewczynki są dziwne — pomyślał Maciuś — sama podeptała, a teraz płacze".
Innym razem Stasio zrobił bardzo ładną fortecę z dużą wieżą. Trudno jest z piasku zrobić wysoką wieżę, bo piasek musi być bardzo mokry, więc trzeba go kopać głęboko. Namordował się Stasio, chociaż w środek włożył kij, żeby się lepiej trzymało — i chciał, żeby fala morska uderzyła w jego fortecę. A Maciusiowi przyszło do głowy i krzyknął:
— Zdobędę twoją twierdzę!
Wskoczył na nią z całego rozpędu i zawalił. Stasio się rozgniewał, ale musiał przyznać, że król 

 

 


W przypadku znalezienia błędu na stronie - prosimy o informację. kontakt


copyright © 2002 - 2010
www.Zaprasza.eu
oraz
Fundacja  Promocji  Kultury
Wszystkie prawa zastrzeżone